[Retro sport] Polacy na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver 2010

udostępnij na:
Vancouver_2010_opening_ceremony

Polska nigdy nie była potęgą w dyscyplinach zimowych, ale mimo to, igrzyska olimpijskie w kanadyjskim Vancouver należy zaliczyć w poczet najpiękniejszych kart w historii polskiego sportu. Nigdy wcześniej bowiem polska reprezentacja na zimowych igrzyskach nie zdobyła tylu medali – tym razem było ich aż sześć. Po raz drugi w historii także przypadł nam w udziale medal z najcenniejszego kruszcu. Poprzednim razem udało się to Wojciechowi Fortunie, na igrzyskach w Sapporo trzydzieści osiem lat wcześniej.

Cała polska reprezentacja olimpijska na Zimowych Igrzyskach w Vancouver liczyła 47 sportowców, biorących udział w jedenastu różnych dyscyplinach. Przed igrzyskami nikt nie liczył jednak na wielki sukces. Owszem, były pewne nadzieje medalowe, lecz ostateczny rezultat przeszedł oczekiwania ekspertów.

W bardzo dobrej formie tuż przed igrzyskami w Vancouver był przede wszystkim Adam Małysz. Po przeciętnych wynikach na początku sezonu, na kilka tygodni przed wyjazdem do Kanady złapał doskonałą formę. Zaowocowała ona dwoma srebrnymi medalami. Niestety jednak dla Małysza, powtórzyła się sytuacja sprzed ośmiu lat, kiedy to na igrzyskach w Salt Late City rywalem nie do pokonania okazał się Simon Amman. Los chciał, że także przed igrzyskami w Kanadzie Szwajcar znalazł się w doskonałej dyspozycji. Polscy kibice mogli więc oglądać fantastyczną walkę pomiędzy dwoma fenomenalnymi skoczkami i chociaż Adamowi nie udało się zdobyć złota, to chyba wszyscy byli z ostatecznego rezultatu zadowoleni, ale też – co tu kryć – pozytywnie zaskoczeni.

Pierwszy medal Adam Małysz zdobył 13 lutego na skoczni normalnej. Na treningach i w kwalifikacjach spisywał się bez zarzutu, choć nie wszyscy wierzyli, że będzie w stanie powtórzyć dobre rezultaty w samym konkursie. Oto jednak Małysz skoczył w pierwszej serii na odległość 103,5m, co dało mu trzecią lokatę. Prowadził Simon Ammann, któremu skok na odległość 105m zapewnił prowadzenia. Drugi był Niemiec Michael Uhrmann, który skoczył tyle samo co Adam, jego skok został jednak oceniony przez sędziów o pół punktu lepiej. Kolejna seria przyniosła jednak pewne niespodzianki. Nie zmienił się lider – Simon Ammann skacząc na odległość 108m umocnił się na prowadzeniu i w pięknym stylu zdobył złoty medal. O dwa metry poprawił jednak swój skok Adam Małysz, podczas gdy Uhrmann uzyskał wynik o półtora metra gorszy. Dało to Niemcowi piątą pozycję w konkursie, zaś świetny rezultat Adama Małysza pozwolił sięgnąć polskiemu skoczkowi po srebro. Brązowy medal zdobył Austriak Gregor Schlierenzauer, który w drugiej serii skoczył półtora metra dalej od Małysza, ale nienajlepszy rezultat w pierwszej serii nie pozwolił mu skutecznie konkurować z Polakiem. Rezultat Austriaka był dla wszystkich zaskoczeniem – przed igrzyskami stawiało się go jako jednego z najważniejszych kandydatów do olimpijskiego złota. Tymczasem zarówno 13 lutego, jak i tydzień później stawał on na najniższym stopniu podium.

Drugi konkurs skoków narciarskich na skoczni K-125 odbył się 20 lutego. W eliminacjach do niego nasz najlepszy skoczek uzyskał niezły wyników, skacząc na odległość 133,5 metra. Wielu jednak skoczków uzyskało znacznie lepsze rezultaty. Niewiele krócej skoczyli pozostali polscy skoczkowie – Stefan Hula poszybował na odległość 132m co dało mu 14 lokatę, Krzysztof Miętus z wynikiem 132,5m zajął miejsce 16, zaś Kamil Stoch uzyskał 131m i wylądował na 17 pozycji.

Świetnie natomiast spisał się Małysz podczas samego konkursu. W pierwszej serii skoczył na odległość 137 metrów. Lepszy od niego był tylko wspomniany Ammann, który uzyskał 144 metry. Na trzecim miejscu dość niespodziewanie uplasował się Fin Matti Hautamaeki, który w pierwszej serii skoczył 134m, mając przed skokiem doskonałe warunki atmosferyczne. Druga seria przyniosła zmiany na podium, lecz Simon Ammann miał na tyle pokaźną przewagę nad Małyszem, zaś Małysz na Hautamaekim, że to, do kogo trafią dwa najcenniejsze medale, było już praktycznie przesądzone. Fin w drugiej serii skoczył bardzo słabo, co dzięki pozwoliło dostać się na podium Austriakowi Gregorowi Schlierenzauerowi. Małysz swój drugi skok oddał na odległość 133,5m. Krócej niż za pierwszym razem skoczył jednak Szwajcar – lecz i tak uzyskał 138 metrów. Dowiedziawszy się, że uzyskany rezultat wystarczy do utrzymania drugiej pozycji i zdobycia srebrnego medalu, Małysz padł na kolana i ucałował kanadyjski śnieg. Zebrana pod skocznią, licząca kilkadziesiąt osób publika skandowała jego imię. Pośród dumnie powiewających biało-czerwonych flag, wśród rozemocjonowanych kibiców niosły się okrzyki: „Dziękujemy Adam, jesteś wielki!”

Adam Małysz po raz kolejny udowodnił światu swoją klasę. Mówiono, że polski skoczek odradza się niczym feniks z popiołów. Małysz był na ustach wszystkich – mimo, ponad trzydziestu lat na karku, mimo nierównej formy na początku sezonu, a także mimo wątpliwości niektórych kibiców i głosów doradzających mu zakończenie kariery, Orzeł z Wisły pokazał, że w swojej karierze sportowej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Dwa srebrne medale, zdobyte w pięknym stylu, zamknęły usta tym, którzy nie dawali Małyszowi szans na kolejne sukcesy. Powtórzyła się niejako sytuacja z Salt Lake City, choć jeśli chodzi o kolor medali, to Małysz wypadł w Vancouver jeszcze lepiej niż przed ośmioma laty.

Fot. Wikipedia
Fot. Wikipedia

O ile nie wszyscy wierzyli w sukces Adama Małysza, o tyle biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk stawiana była jako pewna kandydatka do walki o medale jeszcze na długo przed rozpoczęciem igrzysk. I rzeczywiście – jej występ na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver można określić mianem fenomenalnego. Polka przywiozła z Kanady trzy medale, w każdym z możliwych kolorów. Po raz pierwszy od trzydziestu ośmiu lat sportowiec z kraju nad Wisłą stanął na najwyższym stopniu podium w zimowej odsłonie olimpiady.

Pierwszy, srebrny medal, Justyna Kowalczyk zdobyła 17 lutego, w sprincie stylem klasycznym. Ćwierćfinały i półfinały przebiegła idealnie, nie dając rywalkom szans na wyprzedzenie. Dopiero w finale dała o sobie znać norweska biegaczka Marit Bjoergen, która na igrzyskach w Vancouver jak gdyby się odblokowała. Justyna Kowalczyk w finałowym biegu prowadziła niemal przez połowę trasy. Dopiero, gdy do mety pozostało nieco ponad pół kilometra, Justyna popełniła błąd na zakręcie, pokonując go zbyt szeroko. Tuż za nią była Bjoergen, która się nie pomyliła i zdołała wyprzedzić Polkę. Niedaleko za plecami Justyny był Słowenka Petra Majdić i reprezentantka Szwecji Anna Olsson, dla których była to jedna z najlepszych konkurencji. Justyna podjęła pościg za Norweżką. Nie udało się jej już wyprzedzić Bjoergen, ale obroniła drugie miejsce i mogła cieszyć się ze zdobycia srebrnego medalu.

Cztery dni później, 19 lutego, Justyna Kowalczyk zdobyła kolejny medal. Tym razem uplasowała się na trzecim stopniu podium w biegu łączonym na 15 kilometrów. Również ten bieg miał dla Polki bardzo dramatyczny przebieg. Pierwsza połowa dystansu upłynęła pod znakiem zaciętej rywalizacji między Justyną Kowalczyk a Marit Bjoergen. Polka i Norweżka naprzemiennie uzyskiwały prowadzenie, jednak po zmianie stylu na dowolny Polka ponownie wyszła na pierwszą pozycję, po to, by niedługo później gonić rywalki z czwartego miejsca. Kiedy do mety pozostały już tylko dwa kilometry, Justyna dogoniła prowadzącą Marit Bjoergen i biegła na drugiej pozycji, lecz prawdziwy dramat miał dopiero nadejść. Kiedy ledwie kilkadziesiąt sekund dzieliło czołowe biegaczki od dotarcia do mety, Justyna Kowalczyk spadła na trzecią pozycję. Wyprzedziła ją Szwedka Anna Haag. Polka wbiegała na metę praktycznie równocześnie z doganiającą ją Norweżką Kristin Steirą. O ostatecznym rezultacie miał zadecydować fotofinisz. Przez kilka minut panowała niepewność, Justyna Kowalczyk była też wzywana do komisji sędziowskiej, ponieważ w pewnym momencie biegła niewłaściwym stylem. Po tym straszliwym dreszczowcu, jaki zgotowano polskim kibicom, zapadł werdykt. Fotofinisz wykazał, że linię mety minimalnie szybciej przekroczyła Kowalczyk. Polka cieszyła się już trzecim olimpijskim medalem, a drugim podczas igrzysk w Vancouver.

Jednak na najpiękniejszy spektakl igrzysk Justyna Kowalczyk, jak również miliony polskich kibiców, musieli poczekać do 27 lutego. Wtedy to miał nadejść koronny bieg Justyny – 30 kilometrów stylem klasycznym ze startu wspólnego. Polka w Vancouver przyzwyczaiła kibiców do dramatycznych występów, a nie inaczej miało być tym razem. Justyna Kowalczyk od początku biegu znajdowała się w czołówce. Początkowo jej najgroźniejsza rywalka, Marit Bjoergen, biegła tuż za nią. Na 10 i 20 kilometrze Polka zmieniała narty. Po tej drugiej zmianie zaatakowała Norweżka Kristin Steira. Justyna zdołała ją dogonić, ale wówczas do ataku ruszyła Bjoergen. Wyglądało to tak, jak gdyby Norweżki za wszelką cenę usiłowały zmęczyć Polkę, by ta opadła z sił pod koniec wyścigu. Pod koniec wyścigu Justyna Kowalczyk zrzuciła gogle. Kiedy do mety zostały niespełna dwa kilometry, rozpoczął się prawdziwy dramat. Na niedługo przed metą prowadzenie objęła Justyna Kowalczyk. Przed nią był jednak trudny zjazd, czyli element, w którym znacznie lepiej radzi sobie Bjoergen. Justyna zjechała jednak poprawnie i już za chwilę wraz z pędzącą tuż za nią Norweżką wjechała na stadion. Wyprzedzała Bjoergen o kilka metrów, lecz w miarę, jak zawodniczki zbliżały się do mety, Norweżka niebezpiecznie odrabiała straty. Na kilkadziesiąt metrów przed końcem wyścigu Bjoergen zrównała się w biegu z Justyną Kowalczyk. Zawodniczki, obie śmiertelnie zmęczone, miały przed sobą dramatyczną próbę sił i charakteru. Gdy do mety zostało niecałe dwadzieścia metrów, Justyna zyskała jednak minimalną przewagę – nie większą niż jeden metr. Wyprzedziła Bjoergen o 0,3 sekundy, a o zwycięstwie zadecydowało ledwie kilka mocnych pociągnięć nartami. Po niezwykle trudnym, trwającym ponad półtora godziny, zwycięskim, złotym (!) biegu, Justyna Kowalczyk upadła zmęczona, przyjmując gratulacje od Norweżki. Trzecie miejsce zajęła Finka Aino-Kaisa Saarinen.

Złoto Justyny Kowalczyk wywołało ogromną radość wśród polskich miłośników narciarstwa. Komentator telewizyjny TVP nie krył emocji, krzycząc: „Zrobiła to, zrobiła!”. W jeszcze większy szał radości wpadły miliony polskich kibiców, którzy tego wieczora zgromadzili się przed telewizorami, a zwłaszcza mieszkańcy Kasiny Wielkiej, wioski, z której Justyna Kowalczyk pochodzi, a w której jej zmagania oglądane były na ogromnych telebimach. Wielu wstawało później bardzo wczesnym rankiem, by obejrzeć szalenie szczęśliwą, uśmiechniętą Justynę podczas dekoracji zwycięzców. Było warto. Chwile, gdy po otrzymaniu przez Polkę złotego medalu, w Vancouver rozbrzmiewał Mazurek Dąbrowskiego były jednymi z najbardziej wzruszających w historii polskiego sportu.

Fot. Wikipedia
Fot. Wikipedia

Jednak na długo przed dekoracją Justyny Kowalczyk, a zaledwie kilkanaście minut po jej historycznym zwycięstwie w narciarskim maratonie, polscy sportowcy w Vancouver dostarczyli kibicom kolejnego powodu do radości. Nasze panczenistki bowiem, w składzie: Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska, Katarzyna Woźniak i Natalia Czerwonka wywalczyły brązowy metal w łyżwiarstwie szybkim, w biegu drużynowym na 2400 metrów. Radość była tym większa, że tak naprawdę nikt nie spodziewał się, że będą one w stanie stanąć na olimpijskim podium. W indywidualnych startach zaprezentowały się bowiem bardzo przeciętnie. Tymczasem we wspomnianej konkurencji dotarły do półfinałów. Tam musiały uznać wyższość drużyny z Japonii. Zawodniczki z Kraju Kwitnącej Wiśni wygrały z przewagą zaledwie 0,19s, choć w pewnym momencie wygrywały miały jej aż 1,48s co wydawało się nie do odrobienia. Mimo fenomenalnego pościgu, Polki przegrały i niedługo później miały wystartować z Amerykankami w walce o brązowy medal. Bieg ten także miał niezwykle dramatyczny przebieg. Niemal przez cały czas prowadziły zawodniczki z USA, stopniowo powiększając swoją przewagę. Polki tylko przez moment znajdowały się na prowadzeniu. Nie wyglądało to dobrze, zwłaszcza, że w pewnym momencie Polki traciły do rywalek aż 0,70s. Dopiero pod koniec biegu nasze panczenistki znacząco przyspieszyły. Zaoszczędzone siły wykorzystały na końcu. Sunęły po kanadyjskim lodzie znacznie szybciej od Amerykanek. Ostatecznie zawodniczki z naszego kraju wygrały ze znaczną przewagą, aż o 1.57s wyprzedzając rywalki zza oceanu.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver polscy sportowcy mogą zdecydowanie zaliczyć do udanych. Nigdy wcześniej bowiem nie przywieźliśmy z tego typu imprezy aż sześciu medali. Po wieloletniej przerwie Polska zdobyła także narciarskie złoto. Było kilka zawodów – dużo lepszych rezultatów oczekiwaliśmy na przykład po „klanie Ligockich”, specjalizującym się w snowboardzie. Tym niemniej, tak dobre wyniki w Vancouver pozwalają mieć nadzieję na dalszy, być może szybszy rozwój sportów zimowych w Polsce, a co za tym idzie – kolejne sukcesy naszych zawodników. Pierwsze kroki zostały już poczynione.