Pamiętny brąz – finał Ligi Światowej w piłce siatkowej mężczyzn w 2011 roku

udostępnij na:
7669382150_2f9bb7a840_b

Finał Ligi Światowej 2011 zapisze się piękną kartą w historii polskiej siatkówki co najmniej z dwóch powodów. Turniej, który odbył się w dniach 6-10 lipca 2011 w hali Ergo Arena na granicy Gdańska i Sopotu, okazał się podwójnym sukcesem. Po pierwsze, spisali się organizatorzy imprezy, zapewniając kibicom, zawodnikom oraz innym przybyłym gościom rozrywkę na najwyższym światowym poziomie. Po drugie – i ważniejsze – finał Ligi Światowej okazał się szczególnie szczęśliwy dla polskich siatkarzy, którym w końcu, po wielu latach oczekiwania i przyzwyczajania kibiców do wysokiego poziomu gry, udało się sięgnąć po trofeum w tym turnieju.

Polska nie po raz pierwszy gościła u siebie największe gwiazdy światowej siatkówki. Przypomnijmy, że finał Ligi Światowej organizowaliśmy już dwukrotnie, w 2001 i 2007 roku. W obu przypadkach miastem-gospodarzem były Katowice. W pierwszej ze wspomnianych odsłon Polacy zakończyli swój udział na siódmym miejscu, podczas gdy mistrzostwo przypadło w udziale Brazylijczykom. W drugim  również tryumfowała Brazylia, jednak Polacy zajęli wyższą, czwartą lokatę, ulegając Amerykanom w meczu o brązowy medal. Pierwszy poważny sukces w Lidze Światowej miał jednak dopiero nadejść.

Miejscem, w którym rozgrywano finałowe mecze Ligi Światowej, miała być Ergo Arena, nowoczesna hala widowiskowo-sportowa, której budowę zakończono zaledwie na rok przed opisywanym siatkarskim świętem. Jest to najnowocześniejszy w Polsce, a także jeden z najnowocześniejszych i najbardziej zaawansowanych technologicznie obiektów tego typu w całej Europie.

Obiekt wybudowany został z myślą o wszechstronnym zastosowaniu. Poza meczami siatkówki, można rozgrywać tu zawody piłki ręcznej, koszykówki, czy sportów walki. Jako jedna z niewielu hal widowiskowo-sportowych jest także przystosowana do rozgrywania zawodów motorowych, hokeja, czy nawet windsurfingu. Mogąc pomieścić 11.000 widzów, a wraz z miejscami stojącymi – 15.000, Ergo Arena wydawała się idealnym miejscem do rozegrania tego typu turnieju. Mimo tak dużej pojemności, bilety na tegoroczną Ligę Światową bardzo szybko zostały wyprzedane, a na rozgrywanych meczach gościła wielotysięczna publiczność.

Tak naprawdę przed finałem Ligi Światowej nie było do końca jasne, jakiej gry można spodziewać się po polskiej reprezentacji. Rok wcześniej Polacy zaliczyli nieudany występ na Mistrzostwach Świata we Włoszech, w międzyczasie nowym trenerem kadry został Andre Anastazi, a w przewidywanym składzie na finał Ligi Światowej pojawiło się kilka nowych twarzy, zabrakło też paru wielkich nazwisk. Swoistym sprawdzianem miały być dla reprezentacji Polski mecze fazy interkontynentalnej. Niezależnie od ich wyniku, Polska, jako gospodarz turnieju, miała zapewnione miejsce w finałowej ósemce. Tym niemniej, był to czas, kiedy drużyna mogła się ograć, a selekcjoner miał jeszcze sposobność, aby poczynić zmiany w zaproponowanym początkowo składzie.

Tuż przed turniejem

W meczach fazy interkontynentalnej Polacy odnieśli ostatecznie sześć zwycięstw, oraz sześć porażek. Najlepiej poradzili sobie z reprezentacją Portoryko, z którą w czterech meczach odnieśli cztery zwycięstwa, w tym trzy pewne – 3:0 i jedno 3:1. Znacznie trudniejszymi rywalami byli Amerykanie i Brazylijczycy. Zarówno ci pierwsi, jako mistrzowie olimpijscy z Pekinu, jak i drudzy – a więc odwieczna siatkarska potęga, stawili Polakom zdecydowanie większy opór. W starciach z USA reprezentacja Polski dwukrotnie wygrywała, dwukrotnie też ponosiła klęskę. Zdecydowanie zaś nie powiodły się jej mecze z Brazylią – mimo, że w większości z nich Polacy stawiali Brazylijczykom zaciekły opór, a nasi rywale nie mogli być pewni zwycięstwa do ostatnich punktów w secie, wszystkie spośród rozegranych z nimi meczów zakończyły się porażkami Polski.

Prawdziwy sprawdzian umiejętności czekał jednak Polaków w pierwszych dniach lipca. Nad polskim morzem pojawiło się osiem siatkarskich drużyn ze ścisłej światowej czołówki, które najlepiej poradziły sobie w fazie interkontynentalnej. W tym elitarnym gronie poza Polską znalazły się Argentyna, Włochy, Bułgaria, Brazylia, Rosja, Stany Zjednoczone i Kuba. Osiem zespołów podzielono na dwie grupy po cztery drużyny. W fazie grupowej każda reprezentacja miała do rozegrania trzy mecze, zaś do półfinału awansowały dwie najlepsze drużyny z obu grup.

W grupie E, wraz z Polską znalazły się Bułgaria, Włochy i Argentyna. Pozostałe zespoły rywalizowały ze sobą w grupie F. Od początku było jasne, że rywale Polaków będą wymagający – wszystkie zespoły w rankingu FIVB były notowane wyżej, aniżeli Polska. Przypomnijmy, że przed finałem Ligi Światowej 2011, nasz kraj zajmował w nim dziesiątą lokatę, po nieudanych mistrzostwach świata z ubiegłego roku. Argentyna, Bułgaria i Włochy klasyfikowane były natomiast kolejno na ósmym, siódmym i szóstym miejscu. Stawka była wysoka, podobnie jak ambicje każdej z drużyn – to zaś zapowiadało niesamowite emocje w finałowym turnieju.  

Pierwszy mecz i… horror

Na godzinę 20:00 czasu polskiego, dnia 6 lipca, zaplanowano pierwszy spośród meczów  naszej reprezentacji. Rywalem polskich siatkarzy była Bułgaria. Nasi zawodnicy z pewnością mieli w pamięci nieudany występ na mistrzostwach świata sprzed roku, kiedy to Bułgarzy w decydującym dla obu drużyn meczu wygrali gładko z Polską 3:0. Polacy obiecywali swoim kibicom emocjonujący rewanż.

I faktycznie – emocji było co nie miara. Nasi reprezentanci bardzo dobrze weszli w to spotkanie. Od początku dobrą grą popisywał się Michał Ruciak, którego skuteczne ataki i as serwisowy przyniosły Polsce kilka punktów. Na pierwszej przerwie technicznej Polacy prowadzili więc 8:5, mając stosunkowo bezpieczną, trzypunktową przewagę. Dalsza gra Polaków również stała na wysokim poziomie – do drugiej przerwy technicznej utrzymywaliśmy prowadzenie, choć w pewnym momencie pozwoliliśmy Bułgarom zbliżyć się na odległość dwóch punktów. Ostatecznie jednak z boiska schodziliśmy przy korzystnym wyniku 16:12. Po przerwie świetną grę pokazywali w dalszym ciągu Bartosz Kurek i Michał Ruciak, a także świetnie przyjmujący piłki Krzysztof Ignaczak. W rezultacie Polacy wchodzili w decydującą fazę seta, wygrywając z Bułgarami aż 21:15. Wkrótce Bułgarzy przebudzili się jednak i zbliżyli się do Polaków. Po zepsutej zagrywce Bartosza Kurka tablica wyników pokazywała 23:20. Nasi reprezentanci nie stracili jednak zimnej krwi – przy akcji na 24:20 potężnym atakiem popisał się Zbigniew Bartman, a chwilę później Polacy po kontrze wykorzystali piłkę meczową. Pierwszy set zakończył się zdecydowanym zwycięstwem, 25:20.

Druga część spotkania była już znacznie bardziej wyrównana. Bułgarzy popełnili mniej błędów, a ponadto świetnie zaczął funkcjonować ich blok. Prowadzenie było naprzemiennie po stronie obu zespołów. Na pierwszej przerwie technicznej Polacy mieli zaledwie jednopunktowe prowadzenie, zaś na drugiej – wygrywali 16:14. Przewaga urosła nawet na chwilę do trzech punktów, jednak końcówka seta należała do Bułgarów. W tej części spotkania świetnie prezentował się Piotr Nowakowski, który sam zdobył sześć punktów dla naszej drużyny. Przy rezultacie 23:22 dla Polski wydawało się, że wygrana jest na wyciągnięcie ręki – jednak Bułgarzy popisali się wówczas ładną kontrą, Zbigniew Bartman przestrzelił swoje uderzenie i to nasi przeciwnicy mieli piłkę setową, którą od razu wykorzystali, w całym meczu doprowadzając do wyrównania. Było już 1:1.

Trzeci set był w wykonaniu polskich siatkarzy niewątpliwie najsłabszy. W jego początkowej fazie szliśmy z Bułgarami punkt za punkt, jednak po wyniku 3:3 nastąpiło załamanie w polskiej drużynie. Dobra gra rywali, jak również liczne błędy Polaków sprawiły, że na pierwszej przerwie technicznej Bułgarzy mieli pięciopunktowe prowadzenie. Przewaga, jaką wypracowali, była przez nich skrzętnie utrzymywana: kiedy nasi zawodnicy po raz drugi zeszli z boiska, przegrywali już 10:16. Rewelacyjną grą popisywał się w zespole Bułgarii Żekow, który wypunktował Polaków trzy razy pod rząd. W decydującą fazę seta nasz rywal wchodził w niezwykle komfortowej sytuacji, prowadząc ośmioma punktami. Ostatecznie ta część spotkania zakończyła się pogromem polskiej reprezentacji, która uległa Bułgarom aż 14:25. W całym meczu było już 2:1 dla Bułgarii.

Można było się zastanawiać, czy po tak druzgocącej klęsce w trzecim secie, Polacy będą w stanie jeszcze nawiązać wyrównaną walkę z Bułgarami, którzy wyraźnie byli na „fali wznoszącej”. Takich wątpliwości nie mieli kibice, licznie zgromadzeni w hali Ergo Arena i dopingujący Polaków także w najbardziej kryzysowych momentach meczu. W starciu Polski z Bułgarią, tak jak wszyscy kibice sobie tego życzyli, nastąpił zdecydowany zwrot akcji.

Początek czwartego seta był niezwykle wyrównany. Graliśmy z Bułgarami punkt za punkt, w pewnym momencie tracąc prowadzenie i przegrywając 4:5. Wtedy jednak rozpoczęła się dobra passa naszego zespołu. Polacy zdobyli kilka punktów pod rząd, schodząc na przerwę techniczna przy korzystnym rezultacie 8:5. Po jej zakończeniu ponownie mieliśmy kilka udanych serii. Rewelacyjnie spisywał się Bartosz Kurek, który urozmaiconymi atakami nękał bułgarską obronę i zdobywał punkty dla Polski. Nie gorzej grali w tej fazie Michał Ruciak i Zbigniew Bartman, a rezultatem świetnej gry polskiego zespołu była pięciopunktowa przewaga – wygrywaliśmy już 13:8. Chwilę później uległa ona zwiększeniu, gdyż na przerwę schodziliśmy przy wyniku 16:9. Wówczas jednak przebudzili się Bułgarzy, którzy na przestrzeni kilku akcji znacznie zbliżyli się do polskiego zespołu. W końcowy etap tego seta Polacy weszli jednak nadal utrzymując znaczną przewagę, wygrywali bowiem 20:16. Chwilę później, dzięki dobremu blokowi i zdecydowanym atakom, było już 23:18. Kibice zgromadzeni w Ergo Arenie nie wyobrażali sobie, że można było w tym momencie tego seta przegrać. Przeciwnicy Polaków szybko zdobyli dwa punkty z rzedu – było 23:20. Chwilę później jednak Bułgarzy popełnili błąd, trafiając w siatkę, a Polacy stanęli przed pierwszą szansą do wygrania tej części spotkania. Nasi rywale jednak nie zamierzali ustępować – po ich udanym kontrataku było już 24:21, a kiedy Polacy zepsuli zagrywkę, można było obawiać się nerwowej końcówki. Jednak nerwy puściły także Bułgarom: gdy zagrywana przez nich piłka uderzyła w siatkę, było 25:22 dla Polski. Tym samym nasi siatkarze doprowadzili do wyrównania 2:2. O losach tego meczu miał zadecydować wynik tie-breaka.

Piąty, decydujący set meczu Polski z Bułgarią był wyjątkowo nerwowy. Podopieczni Andre Anastaziego rozpoczęli go dobrze. Po kilku minutach gry było 5:2 dla Polski, a rewelacyjna gra Kurka, Możdżonka i Nowakowskiego sprawiła, że przewaga z każdą chwilą rosła. Przy rezultacie 11:4 wydawało się, że losy tie-breaka są przesądzone. Polscy siatkarze zafundowali jednak kibicom ogrom nerwów. Niepokojąco zaczęło się robić, gdy Bułgarzy po udanej serii doprowadzili do wyniku 11:7. Arcyważny punkt zdobył wówczas po potężnym uderzeniu Bartosz Kurek, gdy piłka po ataku mocno odbiła się od bułgarskiego zawodnika i wyleciała poza bandy reklamowe. Było 12:7, ale prawdziwe nerwy miały dopiero nadejść. Bułgarzy szybko zdobyli dwa punkty z rzędu, a następnie uderzenie Polaków trafiło w aut. Przy wyniku 12:10 trener Andre Anastazi poprosił o przerwę, być może próbując wybić rywali z rytmu. Jeśli taki był jego zamiar, to nie powiódł się – gdyż chwilę później Bułgarzy zablokowali nasi uderzenie, w kolejnej akcji piłka uciekła na aut i był już remis. Przy rezultacie 12:12 Anastazi zdecydował się na zmiany, a wybity z rytmu Żekow zepsuł swoją zagrywkę. Było 13:12 dla Polski, jednak do zwycięstwa brakowało jeszcze dwóch punktów. Nie minęła chwila, a w swoim ataku pomylił się inny Bułgar, Kazijski, gdy uderzona przez niego piłka trafiła poza boisko. Polacy stanęli teraz przed szansą na wygranie spotkania, jednak piłka meczowa nie została wykorzystana – Kazijski zrehabilitował się, zdobywając dla Bułgarii kolejny punkt. Chwilę później wśród wielotysięcznej publiki zgromadzonej w Ergo Arenie podniosła się wrzawa – po silnym ataku Polaków piłka odbiła się od jednego z Bułgarów i wyszła na aut!

Po długiej, ciężkiej walce, polscy siatkarze odnieśli ważne zwycięstwo nad reprezentacją Bułgarii, biorąc odwet za porażkę na mistrzostwach świata i wchodząc w turniej tryumfem nad silnym rywalem.   Największym bohaterem spotkania był niewątpliwie Bartosz Kurek, który zdobył 24 punkty, a więc w praktyce swoimi atakami wygrał dla nas niemal całego seta. Świetnie ponadto grali Zbigniew Bartman i Piotr Nowakowski, którzy zdobyli kolejno osiemnaście i szesnaście punktów. Aż 23 punkty zdobył natomiast nasz zespół po błędach rywali. Zwycięstwo nad Bułgarią, choć okupione wielkim wysiłkiem, stanowiło dobrą zaliczkę przed kolejnymi spotkaniami. Niestety, tuż przed końcem meczu poważną kontuzję odniósł Zbigniew Bartman. Będący jednym z bohaterów tego meczu zawodnik, po jednej z akcji uszkodził mięsień łydki. Okazało się, że nie będzie mógł wystąpić w kolejnych meczach finału. Ceną za tryumf nad Bułgarią, oprócz morderczego wysiłku, była więc także niedyspozycja jednego z naszych najlepszych zawodników.

Inne mecze tego dnia (6.07):

W grupie E („polskiej”): Argentyna 3:1 Włochy (20:25, 25:20, 25:22, 25:22)

W grupie F: Rosja 3:1 Stany Zjednoczone (29:31, 25:16, 25:21, 25:22); Brazylia 3:2 Kuba (18:25, 21:25, 25:18, 30:28, 15:12)

Włoska katastrofa

Drugi dzień turnieju nie był dla biało-czerwonych równie szczęśliwy. Nasi zawodnicy stanęli w szranki z reprezentacją Włoch, która w poprzednim meczu uległa Argentynie 1:3. Starcie z zawodnikami było szczególnie ważne dla Andre Anastaziego, Włocha z pochodzenia, który przed objęciem funkcji szkoleniowca reprezentacji Polski, był trenerem włoskich siatkarzy. Niestety dla niego i dla jego podopiecznych, mecz ten zakończył się sromotną porażką Polaków.

Nasi zawodnicy od początku grali nienajlepiej i ich słaba dyspozycja utrzymywała się praktycznie przez cały mecz. Najgorzej wypadli w secie otwierającym spotkanie. Mimo niezłej gry naszych czołowych zawodników, Włosi bardzo szybko wypracowali sobie pewną, czteropunktową przewagę, a następnie sukcesywnie ją powiększali, nie pozwalając Polakom zanadto zbliżyć do siebie. Na drugiej przerwie technicznej przewaga Włochów była już praktycznie nie do odrobienia – nasi siatkarze przegrywali 8:16. Dalej było już tylko gorzej. W decydującą fazę seta Włosi wchodzili, prowadząc z Polakami 20:10. Było jasne, że w tej części spotkania nie da się już nic ugrać. Ostatecznie biało-czerwoni ulegli 15:25. Po licznych błędach naszych zawodników i dobrej grze włoskiej drużyny, taki wynik jednak nie mógł dziwić.

W drugim secie Polacy zagrali nieznacznie lepiej. Nadal imponowała gra naszych najlepszych zawodników, zwłaszcza Bartosz Kurka. Cóż tego jednak, skoro już na pierwszej przerwie Włosi mieli czteropunktową przewagę, a na drugą schodzili przy prowadzeniu 16:9. W chwili, gdy nasi przeciwnicy wchodzili w decydującą fazę seta, ich przewaga ponownie stopniała do czterech punktów, głównie za sprawą dobrego bloku po naszej stronie. Zawodnicy z Italii nie stracili jednak głowy i już do końca seta nie pozwolili sobie na poważniejsze błędy. Ostatecznie drugi set skończył się porażką Polaków 20:25, a w całym spotkaniu było już 2:0 dla Włochów.

Nie inaczej było w trzeciej części spotkania. Zaczęliśmy go fatalnie, pozwalając Włochom na objęcie prowadzenia 4:0. Później jednak Polacy zaczęli odrabiać straty. Dobre bloki Nowakowskiego, jak również udane zagrania Jakuba Jarosza pozwoliły Polsce na szybkie wyrównanie i po pierwszej przerwie technicznej było już 8:8. W środkowej fazie seta jednak Włosi byli bezbłędni, natomiast Polakom zdarzyło się psuć zagrywki. Tym samym oddawaliśmy naszym przeciwnikom niezwykle cenne punkty, z których ponownie zdołali wypracować bezpieczną przewagę. Na przerwie technicznej biało-czerwoni przegrywali zaledwie dwoma punktami, jednak później, wskutek licznych błędów naszej reprezentacji, dystans dzielący nas do Włochów nieustannie się powiększał. Przy wyniku 18:24 Polacy zdołali jeszcze obronić dwie piłki meczowe, ostatecznie jednak set zakończył się wynikiem 20:25, a w całym meczu nasi siatkarze ponieśli klęskę 0:3. Sytuacja w „polskiej grupie” była dla nas teraz bardzo niekorzystna, a o naszym awansie bądź pożegnaniu się z zawodami miały zadecydować mecze następnego dnia.

Inne mecze tego dnia (7.07):

W grupie E („polskiej”): Bułgaria 0:3 Argentyna (22:25, 22:25, 17:25)

W grupie F: Kuba 0:3 Rosja (20:25, 20:25, 20:25); Stany Zjednoczone 1:3 Brazylia (25:15, 22:25, 22:25, 15:25)

Zwycięstwo nad Argentyną

Trzeci dzień turnieju miał okazać się decydujący dla dalszych losów polskiej reprezentacji. Tylko zwycięstwo z rewelacyjnie grającą Argentyną, która po gładkim zwycięstwie nad Bułgarią zapewniła sobie awans do dalszej fazy rozgrywek, mogło premiować nas półfinałem. Gdyby jednak Polska przegrała, ów awans uzyskałaby Bułgaria. Nic dziwnego, że Bułgarzy mocno trzymali kciuki za gości z Ameryki Południowej.

Pewna awansu Argentyna zagrała w tym meczu w mocno rezerwowym składzie, mając przed sobą perspektywę półfinałowego spotkania z Brazylią. Mimo  to, mecz był bardzo zacięty. Po pierwszym secie nic nie wskazywało na to, abyśmy mieli zwyciężyć w tym spotkaniu. Rozpoczęliśmy nieźle, a na pierwszej przerwie technicznej prowadziliśmy dwoma punktami. W środkowej fazie seta Argentyńczycy jednak grali bardzo dobrze, my zaś popełnialiśmy błędy, czego efektem było pięciopunktowe prowadzenie Argentyny. Niedługo później było już 15:22 i tylko trzy punkty dzieliły naszych rywali od zwycięstwa w tym secie. Choć Polacy próbowali się jeszcze bronić, to jednak efektowne akcje Argentyńczyków, szczególnie w wykonaniu De Cecco, nie pozwalały nam na rozwinięcie skrzydeł. Ostatecznie Argentyna wygrała pierwszego seta siedmioma punktami, stawiając Polskę w bardzo trudnym położeniu.

W drugim secie jednak biało-czerwoni wrócili do dobrej gry. Ta część spotkania to przede wszystkim pokaz sportowej złości Bartosz Kurka, który sam jeden zdobył dla naszego zespołu osiem punktów. Polacy niemal przez całego seta kontrolowali przebieg gry, prowadząc jednym lub dwoma punktami. Parokrotnie Argentyńczycy zdołali wyrównać, jednak wówczas polscy siatkarze odpowiadali zazwyczaj ładnymi kontrami. W rezultacie pod koniec seta wygrywaliśmy 18:15, a dwu- bądź trzypunktowe prowadzenie udało nam się utrzymać do końca. Przy wyniku 24:22 dla Polski, rewelacyjnym atakiem popisał się Bartosz Kurek, którego akcja zakończyła drugą odsłonę spotkania. W całym meczu było już 1:1.

Trzeci set był pokazem dobrej gry Polaków, ale zarazem nie brakowało akcji zepsutych przez Argentyńczyków. Dużą część punktów oddali nam tym razem nasi rywale, co polscy siatkarze potrafili doskonale wykorzystać. Od początku kontrolowali przebieg gry, stopniowo powiększając przewagę z jednego bądź dwóch, do czterech i pięciu punktów. Gdy zawodnicy schodzili na drugą przerwę techniczną, tablica wyników wskazywała 16:11 dla Polski. W kolejnych akcjach dwukrotnie mylili się Argentyńczycy, oddając nam kolejne cenne punkty, a w końcową fazę seta weszliśmy po dwóch świetnych akcjach Bartosza Kurka, wygrywając 20:14. Było jasne, że za chwilę będziemy cieszyć się ze zwycięstwa w kolejnym secie. Do końca graliśmy niemal punkt za punkt, dwa kolejne oczka zawdzięczając pomyłkom naszych rywali. Spotkanie przybrało korzystny dla nas obrót – wygrywaliśmy 2:1.

Zupełnie inaczej ułożyły się losy czwartego seta. Polacy od początku mieli problemy z dorównaniem Argentyńczykom, którzy już na pierwszej przerwie technicznej mieli czteropunktową przewagę. Po powrocie na boisko jednak szybko odrobiliśmy straty i kilka minut później było już 8:8. Ponownie jednak rywale nam odskoczyli, zdobywając w pewnym momencie aż pięć punktów z rzędu. Sytuacja biało-czerwonych stawała się coraz mniej komfortowa. Przy stanie 10:16 Polacy ponownie się przebudzili i szybko dogonili Argentyńczyków. Pod koniec seta prowadziliśmy już jednym punktem, lecz tym razem z letargu ocknęli się zawodnicy z Ameryki Południowej. Końcówka była niezwykła stresująca – tuż przed końcem było 23:23, chwilę później Bartosz Kurek obronił piłkę setową dla Argentyny. Ostatecznie jednak to Argentyńczycy byli górą i po fantastycznym asie serwisowym odnieśli zwycięstwo w tym secie 26:24.

Po raz kolejny Polaków czekał tie-break. Tym razem stawka była jednak znacznie większa, niż w spotkaniu z Bułgarią. Nasi zawodnicy z pewnością zdawali sobie z tego sprawę, jednak znowu pozwolili Argentyńczykom odskoczyć. Tie-break nie rozpoczął się dla nas dobrze. Argentyna wygrywała – najpierw 4:1, a potem utrzymywała przewagę, prowadząc 7:4. Wtedy jednak nadszedł czas lepszej gry Polaków. Najpierw wykorzystali oni błędy Argentyny, a następnie po fenomenalnym bloku Piotra Nowakowskiego było już 7:7. Nie minęło dużo czasu, a role się odwróciły i to Polacy cieszyli się dwupunktowym prowadzeniem, 10:8. Ponownie rewelacyjnie zaprezentował się Bartosz Kurek. Po jego udanym ataku biało-czerwoni prowadzili już 12:9 i tylko trzy punkty dzieliły ich od zwycięstwa w tym meczu. Kiedy jednak w polskim zespole nastąpiła chwila dekoncentracji i tablica wyników wskazała 12:11, Andre Anastazi poprosił o czas. Być może zdezorientował on Argentyńczyków, gdyż po powrocie na boisko Kurek ponownie uderzył piłką w blok rywali, a ta następnie powędrowała na aut. Chwilę później goście zepsuli zagrywkę, a Polacy stanęli przed szansą na wygranie meczu – było 14:12 dla Polski! Nerwowo zrobiło się, gdy Kurek zepsuł zagrywkę i oddał punkt Argentyńczykom, jednak chwilę później ponownie pomylili się Argentyńczycy. W Ergo Arena wybuchła wrzawa – po długim i ciężkim meczu biało-czerwoni odnieśli zwycięstwo i  cieszyli się z awansu do półfinału!

Niewątpliwym bohaterem spotkania, podobnie jak w przypadku meczu z Bułgarią, okazał się Bartosz Kurek, który punktował Argentyńczyków aż 29 razy. Świetnie spisali się także Kosok i Jarosz, którzy zdobyli po jedenaście punktów, a także Piotr Nowakowski i Michał Ruciak, mający na swoim koncie po siedem oczek. W odniesieniu zwycięstwa pomogli nam także Argentyńczycy, którzy w całym meczu mylili się aż 37 razy, a efektem tych błędów były punkty na korzyść naszej reprezentacji.

Inne mecze tego dnia (8.07):

W grupie E („polskiej”): Włochy 0:3 Bułgaria (22:25, 22:25, 21:25)

W grupie F: Stany Zjednoczone 3:2 Kuba (23:25, 25:21, 25:18, 21:25, 15:13); Brazylia 0:3 Rosja (20:25, 20:25, 17:25)

Nieudany półfinał

Dziewiątego lipca Polacy stanęli przed arcytrudnym zadaniem. Mieli stanąć w szranki z zespołem rosyjskim, który od początku trwania turnieju prezentował wybitnie wysoki poziom siatkówki. Najpierw pokonali zdecydowanie mistrzów olimpijskich – Stany Zjednoczone, wynikiem 3:1. Następnie rozbili 3:0 wysoko notowaną Kubę, i tym samym wynikiem rozgromili faworyzowaną Brazylię. Zapowiadał się niezwykle ciężki mecz.

Polacy rozpoczęli mecz bardzo dobrze, grając z Rosją punkt za punkt. Przed pierwszą przerwą techniczną obie strony naprzemiennie prowadziły, a gdy zawodnicy schodzili z boiska, Rosjanie mieli nad polskimi siatkarzami zaledwie jeden punkt przewagi. Tak wyrównana gra utrzymywała się jeszcze przez jakiś czas, aż do momentu, w którym tablica wyników pokazała 11:11. Coś wtedy pękło w polskiej drużynie i to Rosjanie przejęli inicjatywę. Dzięki dobrze funkcjonującemu blokowi w rosyjskim zespole, a także kilku pomyłkach ze strony naszych reprezentantów, Rosjanie szybko uzyskali prowadzenie 17:11. To przesądziło o wyniku tego seta. Biało-czerwoni podjęli ambitną pogoń za naszymi wschodnimi sąsiadami, jednak straty były zbyt duże. Zbliżyliśmy się nawet na odległość trzech punktów, gdy Rosjanie wygrywali 22:19, jednak przeciwnicy nie dali się wybić z rytmu. Ostatecznie Rosja wygrała ten set 25:22. Gra Polaków, choć nie pozbawiona błędów, pozwalała liczyć na emocjonujące kolejne części spotkania.

W kolejnej odsłonie górą ponownie byli Rosjanie, choć i tym razem Polacy stawili im zacięty opór. Zaczęliśmy świetnie, od prowadzenia 4:1, 5:2 i 6:3. Jednak na przerwę techniczną schodziliśmy już z zaledwie jednopunktową przewagą. I chociaż dzięki dobremu blokowi Nowakowskiemu i atakom Kurka udało się ją wkrótce powiększyć o kolejne oczko (11:9), to ponownie środkową fazę seta zdominowali Rosjanie i na drugiej przerwie to oni prowadzili dwoma punktami. As serwisowy pozwolił nam się zbliżyć do rywali na dystans jednego punktu (16:17), jednak zepsuta chwilę później przez Kosoka akcja zaowocowała ponownym dwupunktowym prowadzeniem Rosji. Wkrótce było już 18:23 i mimo ambitnej gry Polaków w końcówce, atak Rosjan funkcjonował sprawnie i pozwolił im na wygranie drugiego seta 25:23. W całym meczu Rosja prowadziła już 2:0.

Inny przebieg miał trzeci set tego spotkania. Początek był bardzo wyrównany, Polacy grali z Rosjanami punkt za punkt – najpierw było 3:3, niedługo potem 6:6. Na przerwie cieszyliśmy się dwupunktowym prowadzeniem, jednak już chwilę później było 9:9. Od początku imponowała rewelacyjna postawa Bartosza Kurka, który wkrótce wyrósł na bohatera tego seta. Dzięki dobrej grze biało-czerwonych na konsultacje z trenerami schodzili oni przy korzystnym rezultacie 16:14. W międzyczasie doszło jednak do kolejnej pomyłki sędziów, którzy przyznali Rosjanom punkt po tym, jak piłka po ich ataku definitywnie wyszła w aut. Na szczęście jednak, nie okazał się on decydujący dla losów tego seta. Chociaż Rosjanie grali w końcówce niezwykle ambitnie, to Polacy okazali się tym razem górą. Biało-czerwoni ostatecznie zakończyli set zwycięstwem 25:22. W Ergo Arenie wybuchła wrzawa – w całym meczu było już 2:1.

Niestety, ostatni set tego spotkania należał zdecydowanie do Rosjan. Po przegranej partii, nasi wschodni sąsiedzi pokazali sportową złość i od początku kontrolowali przebieg gry. Szybko uzyskali zdecydowane prowadzenie 6:1, a na przerwę techniczną Polacy schodzili przegrywając 2:8. Biało-czerwoni, choć grali dobrą siatkówkę, musieli uznać teraz wyższość rywala, który miał okres fenomenalnej gry. Rosjanie wypracowali dużą przewagę nad Polakami – na tyle dużą, że w decydującą fazę seta wchodzili przy pięciopunktowym prowadzeniu 20:15. Ostatecznie set zakończył się klęską naszych siatkarzy, którzy ulegli Rosjanom 17:25, a w całym meczu 1:3. Niestety, Rosjanie byli tego dnia w fenomenalnej dyspozycji i nawet dobra – miejscami nawet bardzo dobra – gra Polaków nie była w stanie zmienić ostatecznego rezultatu.

Drugi półfinał tego dnia: Argentyna 0:3 Brazylia (22:25, 40:42, 23:25)

Mecz o 3 miejsce… i medal dla biało-czerwonych!

Po przegranej z Rosją Polakom pozostała walka o najniższy stopień podium w tegorocznym finale Ligi Światowej. Rywalami ponownie mieli być Argentyńczycy, którzy w swoim półfinale po bardzo dobrej grze ulegli Brazylii 0:3. I chociaż podopieczni Andre Anastaziego zdołali wcześniej pokonać reprezentację Argentyny w fazie grupowej, to tym razem zadanie, jakie przed nimi stało, było o wiele trudniejsze. Gra toczyła się o wielką stawkę – medal Ligi Światowej, a selekcjoner Argentyny wystawił do meczu najsilniejszy skład.

Biało-czerwoni jednak nie zamierzali kończyć turnieju bez trofeum w rękach. Pierwszy set doskonale otworzył Jakub Jarosz, zdobywając dwa punkty dla polskiej reprezentacji. Polacy nie wypuścili prowadzenia z rąk aż do przerwy technicznej, na którą schodzili przy wyniku 8:6. Jeszcze lepiej grali w środkowej fazie seta: wykonując przemyślane ataki i bezlitośnie wykorzystując błędy przeciwnika, doprowadzili w końcu do sześciopunktowej przewagi – 19:13. W końcowej fazie seta rewelacyjnie spisywał się Bartosz Kurek, który punktował Argentyńczyków raz za razem. Gdy tablica wyników wskazała 23:16, było jasne, musiałby stać się cud, aby w tym secie nasi rywale odebrali nam zwycięstwo. Po kolejnym udanym ataku Kurka i wykorzystanej piłce setowej, Polacy udali się na przerwę, wygrywając seta zdecydowanie 25:18 i obejmując w całym meczu prowadzenie 1:0.

Początek drugiego seta ułożył się dla Polaków równie dobrze, jak miało to miejsce kilkadziesiąt minut wcześniej. Choć pozwoliliśmy Argentyńczykom na chwilowe prowadzenie, to dzięki umiejętnie przeprowadzonym atakom szybko objęliśmy prowadzenie 5:3, a trzypunktową przewagę udało się utrzymać do przerwy technicznej. Niedługo po niej Argentyńczycy zbliżyli się do nas na odległość jednego punkta – 11:10, lecz wówczas po raz kolejny zawiedli sędziowie – tym razem na naszą korzyść, uznając, że piłka zaserwowana przez zawodnika Argentyny wyszła w aut, mimo, iż był do definitywnie as serwisowy. Następnie świetnymi akcjami popisywał się Kosok, który w krótkim czasie zdobył dwa punkty, a Polska prowadziła 16:13. Po przerwie technicznej w polskim zespole przyszedł czas na chwilę dekoncentracji – Argentyna sprawnie doprowadziła do wyrównania 17:17. Wówczas udanie zaatakował Nowakowski i już chwilę później ponownie odskoczyliśmy na dwa punkty. Przy prowadzeniu biało-czerwonych 20:18 trener Argentyny poprosił o czas, jednak nie zdezorientowało to Polaków – już chwilę później Bartosz Kurek popisał się skutecznym blokiem. I chociaż końcówka była dość nerwowa, to po raz kolejny z dobrej strony pokazał się Kosok, a kilkanaście sekund później biało-czerwoni mieli już pierwszą piłkę meczową. Wtedy zagrywka Bartosza Kurka uderzyła w siatkę, ale już chwilę później Polacy zdobyli punkt na wagę zwycięstwa w tym secie. Nasi siatkarze wygrali go 25:23, w całym meczu obejmując prowadzenie 2:0.

Bardziej dramatyczny przebieg miał trzeci set tego spotkania. Rywale zaczęli skuteczniej grać blokiem, przez co nie udało się Polakom od początku wypracować znacznej przewagi. Na przerwę techniczną schodzili przegrywając jednym punktem po asie serwisowym w wykonaniu De Cecco. Nasi rywale konstruowali coraz lepsze ataki, a biało-czerwoni słabo sobie z nimi radzili, w rezultacie czego Argentyna po niedługim czasie prowadziła już 14:11. Tym razem jednak to Polacy zaczęli skuteczniej blokować i wypracowana przez Argentyńczyków przewaga szybko została zniwelowana, zaś nasi siatkarze sami objęli trzypunktowe prowadzenie 18:15. W końcówkę seta wchodziliśmy z wynikiem 20:17, jednak chwile później Argentyna odnotowała okres lepszej gry i przewaga Polaków stopniała do jednego punktu. Jednak przy wyniku 22:21 dla biało-czerwonych, nasi zawodnicy ponownie stanęli na wysokości zadania. Najpierw świetnym uderzeniem z przesuniętej krótkiej popisał się Piotr Nowakowski, a chwilę później Żygadło skutecznie zablokował atak Argentyńczyków. Pierwsza piłka meczowa została obroniona przez naszych rywali, w kolejnej akcji jednak  górą byli Polacy – tym samym, po raz pierwszy w historii, siatkarze z naszego kraju uzyskali brązowy medal w finale Ligi Światowej!

W finale, który odbył się godzinę później, Rosja gładko pokonała Brazylię, którą stawiano w roli faworyta. Jednak polskich kibiców najbardziej cieszyło wielkie osiągnięcie, jakiego dokonali nasi siatkarze. Po wymianie trenera, przebudowie składu i postawieniu na młodszych zawodników, forma naszych zawodników stała pod znakiem zapytania. W trakcie turnieju była ona zresztą nierówna – jednak mimo to Polacy pokazali, że w decydujących momentach potrafią zachować zimną krew i grać jak równy z równym nawet z największymi potęgami światowej siatkówki.

Młode talenty, z Bartoszem Kurkiem i Piotrem Nowakowskim na czele, okazały się fundamentem naszej drużyny podczas tegorocznego finału Ligi Światowej. Pierwszy z nich został zresztą uznany najlepszym punktującym zawodnikiem tego turnieju, z kolei bardziej doświadczonego Krzysztofa Ignaczaka uznano najlepszym libero turnieju.  Zadowolenia ze swoich podopiecznych nie krył Andre Anastazi, który choć trenerem reprezentacji Polski jest od stosunkowo niedawna, to już zdążył przekonać się o największych talentach polskiej piłki siatkowej. Szczególnie zaś komplementował Bartosza Kurka.  Stwierdził bowiem – i przyznać trzeba, że wcale tutaj nie przesadził – iż ten młody, utalentowany polski zawodnik jest w obecnej chwili dla siatkówki podobną osobą, jak Messi dla piłki nożnej. Pozostaje mieć nadzieję, że zarówno Kurek, Nowakowski, Kosok, jak i inne młode talenty nabrawszy doświadczenia w międzynarodowych rozgrywkach stanowić będą niegdyś podporę naszej reprezentacji i równie udanie pomagać jej w osiąganiu kolejnych sukcesów.

Finał Ligi Światowej 2011, który odbył się na polskim wybrzeżu, udowodnił trzy istotne rzeczy. Po pierwsze, że polska reprezentacja po nieudanych mistrzostwach świata ma się coraz lepiej, a wygórowane oczekiwania, jakie stawiali przed nią kibice, nie są jedynie tzw. „marzeniami ściętej głowy”. Po raz pierwszy, odkąd rozgrywana jest Liga Światowa, biało-czerwoni stanęli na podium w tym turnieju. Po drugie, świetne przygotowanie imprezy. Zarówno kibice, jak i zawodnicy przyznawali zgodnie, iż organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Siatkarze z całego świata, którzy na ubiegłorocznych mistrzostwach świata we Włoszech krytycznie wypowiadali się na temat zakwaterowania i wyżywienia podczas tamtej imprezy, chwalili rozwiązanie tych kwestii w wykonaniu polskich organizatorów. Jedynym elementem, do którego można było mieć zastrzeżenia, było sędziowanie – arbitrzy istotnie podczas meczów mylili się zbyt często. Tak duża liczba często karygodnych błędów nie powinna była pojawić się na imprezie o takiej randze, lecz wina w tym wypadku leży po stronie samych sędziów, nie zaś organizatorów. Po trzecie zaś, finałowy turniej Ligi Światowej potwierdził tylko, jak ogromnym zainteresowaniem cieszy się w Polsce piłka siatkowa. Kibice tłumnie przybywali do Ergo Areny, świetnie dopingując biało-czerwonych, a stacje telewizyjne, które pokazywały poszczególne spotkania, odnotowywały rekordy oglądalności. Finał turnieju , w którym zmierzyła się Brazylia z Rosją, obejrzało 998 500 widzów co było drugim najlepszym wynikiem w historii tej stacji. Mecz Polski z Rosją oglądało zaś 630 000 telewidzów, a spotkanie z Argentyną, gdy biało-czerwoni wywalczyli brązowy medal, widziało 665 000 osób.

Finałowy turniej Ligi Światowej okazał się zatem dużym sukcesem Polski, zarówno od strony organizacyjnej, jak i sportowej. Pozostaje tylko trzymać kciuki, by przyszłoroczna edycja tej imprezy, a zwłaszcza mające odbyć się jesienią Mistrzostwa Europy były dla naszych siatkarzy równie udane.