Z Dzikich Pól na bezkres oceanów – recenzja „Czarnej Bandery” Jacka Komudy

udostępnij na:
czarna_bandera_piraci_jacek_komuda

Jacek Komuda dał się poznać czytelnikom głównie jako twórca opowiadań i powieści, osadzonych w Rzeczypospolitej doby szlacheckiej. Jednak parę razy zdarzyło się autorowi przenieść akcję swoich utworów z Dzikich Pól na morza i oceany i to ze sporym powodzeniem, bo w 2008 roku za dwutomowe „Galeony Wojny” Komuda otrzymał nagrodę im. Leonida Teligi, wręczaną przez miesięcznik „Żagle”. Opowiadania z kolejnego wznowienia „Czarnej bandery” również można zaliczyć do prozy marynistycznej, która dopełniona jest historią i elementami fantastycznymi. Jak sprawdza się taka kombinacja?

Odpowiadając na powyższe pytanie, można powiedzieć, że nieźle. Sześć obszernych opowiadań, składających się na „Czarną banderę”, prezentuje zróżnicowany poziom literacki. Są wśród nich takie, które wybijają się na tle reszty i długo nie pozwalają o sobie zapomnieć, ale i takie, których czytanie sprawia znacznie mniej satysfakcji. Jednak, nawet w przypadku tych mniej udanych tekstów, Komuda nie schodzi poniżej pewnego pułapu, dzięki czemu w „Czarnej banderze” nie uświadczymy słabych utworów.

Do najlepszych opowiadań zalicza się „Sześćset cetnarów piekła”, które otwiera zbiór. Traktuje ono o grupie morskich awanturników, którzy skuszeni łatwym i pewnym zyskiem, wyruszają zbadać dawno zniszczony okręt. Szybko przekonają się, że wrak Eenhoorna kryje mroczną tajemnicę, gdyż zniszczonym statkiem nadal dowodzi upiorny szczurzy szyper. Postanawia on przybyłą na pokład grupę wilków morskich wykorzystać jako niewolników i… karmę dla swoich pobratymców.

Innym, mocnym punktem zbioru jest „Czarny heban”. Komuda opowiada w nim o ekspedycji Europejczyków, którzy przybyli na Czarny Ląd, by pozyskać murzyńskich niewolników. Jednym z jej członków jest działający w konspiracji abolicjonista, William Wharley. Zafascynowany oświeceniowymi ideami wolności i równości wszystkich ludzi, będzie miał okazję, by skonfrontować swoje poglądy z rzeczywistością. Bowiem poza kilkoma setkami czarnoskórych niewolników, na pokład statku trafia kilkunastu Felupów, dzikich i niebezpiecznych Murzynów-ludojadów. Zniewoleni stają się wściekli, a co gorsza – głodni.

Najsłabszym punktem zbioru jest opowiadanie „Na szlaku chwały, krwi i złota”, mimo że fabuła przedstawia się interesująco. Grupa korsarzy, pod przywództwem kapitana Dampiera, wybiera się na poszukiwania złotego miasta, ukrytego gdzieś w Ameryce pośród pozostałości po dawnych, rdzennych cywilizacjach tego kontynentu. W toku podróży przez dżunglę, kolejni członkowie wyprawy giną w niejasnych okolicznościach. Nie wiadomo kto lub co zadaje awanturnikom śmierć.

Temat wydaje się niewyeksploatowany przez twórców fantastyki, więc zapowiadał się dość ciekawie. Niestety, utwór wiele traci ze względu na swoją przewidywalność. Czytelnik już mniej więcej w połowie lektury może być pewien tego, kto jest sprawcą śmierci kolejnych piratów. Co więcej, autor w tym opowiadaniu hołduje klasycznemu schematowi, w którym winowajca pod koniec przyznaje się do swoich czynów oraz wyjaśnia literackim współbohaterom – a przez to i czytelnikowi – w jaki sposób uknuł swoją intrygę. Ogólnie rzecz biorąc, „Na szlaku chwały, krwi i złota” ma konstrukcję typową dla slashera, gdzie w miarę postępu akcji kolejni bohaterowie giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Jednak aby slasher był dobry, niezbędne jest utrzymanie czytelnika w napięciu do samego końca. W tym miejscu utwór Komudy poległ, obnażając czytelnikowi wszystkie swoje tajemnice na długo przed zakończeniem.

Jacek Komuda po raz kolejny udowodnił, że jak mało kto potrafi oddać ducha czasów, o których pisze w swoich utworach. Wraz z lekturą kolejnych opowiadań, czytelnik może wniknąć w przedstawiony przez niego świat, poczuć się jak uczestnik omawianych wydarzeń. Kołyszące okrętem fale, huki wystrzałów armat i chaos podczas abordażu, zapach portowych karczm i zamtuzów – wszystko to staje się w prozie Komudy wręcz namacalne. Wierne oddanie nastroju epoki byłoby wręcz niemożliwe, gdyby nie długie godziny, spędzone z materiałem źródłowym jeszcze przed zabraniem się do pisania. Zwyczaj ten, kultywowany przez Komudę chociażby z racji jego historycznego wykształcenia, zapobiega pojawieniu się błędów rzeczowych w jego prozie.

„Czarna Bandera” nie jest, rzecz jasna, zbiorem typowo historycznych opowiadań. Bowiem każde z nich autor wzbogacił o mniej lub bardziej wyraźny akcent fantastyczny. Wszystko to, co w utworach tych określilibyśmy mianem elementów fantastycznych, jest przez Komudę bezbłędnie wkomponowywane w kontekst historyczny i razem z nim tworzy spójną, przyjemną w odbiorze całość.

Warsztat pisarski autora stoi na niezmiennie wysokim poziomie. Komudę cechuje rzadko spotykana lekkość pióra, która pozwala utrzymać zainteresowanie lekturą, nawet jeśli w pewnym momencie opowiadanie staje się nazbyt przewidywalne. Ma on także niezły słuch do dialogów, dzięki czemu brzmią one bardzo naturalnie i zgodnie z profilem postaci, które wypowiadają dane kwestie. Oznacza to, że nie spotkamy w „Czarnej banderze” piratów, wysławiających się piękniej aniżeli francuscy myśliciele, podobnie jak bohaterowie-intelektualiści nie posługują się słownictwem z rynsztoka. A przyznać trzeba, że język niektórych bohaterów jest go pełen. Niejednokrotnie na czytelniku zrobi wrażenie bogaty asortyment autora, jeśli chodzi o wulgaryzmy, wkładane w usta postaci.

Wykreowani przez autora bohaterowie, to postacie z krwi i kości. Czasem zwyczajni morscy bandyci, innym razem młodzieńcy, przepełnieni górnolotnymi ideami, które zazwyczaj są równie wzniosłe, co naiwne. To osobowości, o których chce się czytać. Nawet jeśli nie sposób pochwalić ich poczynania od strony moralnej, to obok ich losów trudno przejść obojętnie. Zastanawiać może niemal absolutny brak postaci kobiecych. Damskich bohaterek jest tu niewiele, a jeśli już trafiają się wyjątki – jak pojawiająca się w jednym z opowiadań ladacznica Boney- to zazwyczaj przypadają im w udziale jedynie epizodyczne role. Faktem jest, iż w opisywanej przez Komudę epoce pokutował przesąd, zgodnie z którym kobieta na pokładzie okrętu przynosi nieszczęście całej załodze. Jednak ostatecznie brakuje jakiejś wyrazistej, nietuzinkowej bohaterki, która wniosłaby miłe urozmaicenie w zmaskulinizowanym asortymencie postaci, jakimi czytelnik jest raczony przez autora.

Wydawnictwo Fabryka Słów stanęło na wysokości zadania i dopilnowało, by zbiór pozbawiony był rażących błędów. Literówki niemal nie występują. Podobnie, jeśli chodzi o usterki edytorskie. Mało tego – postarano się o działające na wyobraźnię, pożółkłe przy krawędziach kartki, jak również ładne ilustracje, które świetnie podkreślają nastrój scen. Nie można także narzekać na objętość zbioru. Sześć opowiadań, składających się na całość, mieści się na niemal czterystu stronach tekstu.

„Czarna bandera” to kolejny dobry zbiór opowiadań, jakim uraczył nas Jacek Komuda. Odchodząc od tematyki Rzeczypospolitej Szlacheckiej i utrzymując typowy dla dotychczasowej twórczości poziom literacki, udowodnił, iż nie jest autorem jednego tematu. W „Czarnej banderze” są opowiadania lepsze i gorsze, niepokojącą skazą tych drugich jest przewidywalność. Natomiast lekkie pióro i charakterystyczna dla autora swoboda operowania słowem, tak skutecznie uniemożliwiająca oderwanie się od lektury, pozostają niezmienne. Nie jest to perła pośród dotychczasowych dokonań pisarskich Komudy, jednak miłośnicy jego twórczości z pewnością nie będą zawiedzeni. Dla nich też „Czarna bandera”, mimo pewnych niedociągnięć, stanowić będzie obowiązkową pozycję w biblioteczce.

 

jacek_komuda_czarna_bandera