Obyś żył w normalnych czasach – recenzja filmu „Tam i z powrotem”

udostępnij na:
tam_i_z_powrotem

Ponure realia słusznie minionego systemu to dość często poruszany temat przez polskich filmowców. Obok tych, które urosły do rangi klasyków, nie brakuje filmów swojego czasu nagradzanych i bardzo docenianych, dziś jednak przykrytych cienką warstwą kurzu. Do takich należy „Tam i z powrotem” w reżyserii Wojciecha Wójcika. Warto go sobie przypomnieć.

Akcja toczy się w 1965 roku. Polska od dwóch dekad znajduje się pod kuratelą Wielkiego Brata ze wschodu i mimo, że czasy stalinizmu i najbardziej nasilonych represji względem bohaterów wojennych ma już za sobą, to nadal jest skrajnie nieprzyjaznym miejscem dla weteranów wojny, których szlak bojowy niekoniecznie związany był z organizacjami o orientacji prosowieckiej. Takimi niemile widzianymi epizodami naszpikowany jest życiorys głównego bohatera filmu, doktora Andrzeja Hoffmana. Jest zdolnym i cenionym lekarzem, stąd komunistyczne władze uporczywie odmawiają wydania mu paszportu i umożliwienia podróży do ukochanej oraz córki, które los zaprowadził na emigrację do odległej Australii.

Pewnego dnia jeden z pacjentów Hoffmana, święcie przekonany, że zna doktora jeszcze z wojennych lat, proponuje mu bardzo ryzykowne rozwiązanie problemu. Paszport można kupić na czarnym rynku, jednak za kwotę nieosiągalną dla zwykłego śmiertelnika – nawet jeśli jest uzdolnionym lekarzem. Jedynym sposobem jest napad na bank, w który ostatecznie doktor pozwala się zaangażować. Komplikacje pojawiają się, kiedy podczas akcji ranny zostaje konwojent. Postrzelony mężczyzna wkrótce trafia na stół operacyjny, gdzie niespodziewanie pomocy udzieli mu ten sam człowiek, który współpracował przy akcji rabunkowej.

Chociaż sam napad na bank stanowi oś fabuły, to „Tam i z powrotem” z nie ma wiele wspólnego z klasycznym kinem akcji. Skok na bankowe pieniądze stanowi jedynie pretekst do przedstawienia sedna produkcji. Wójcik ukazuje przede wszystkim dramat ludzi, którzy mając bohaterską przeszłość niejednokrotnie stawali przed wyborami, czy w dalszym ciągu postępować w zgodzie z własnym sumieniem, czy też na pierwszym miejscu postawić szczęście i bezpieczeństwo najbliższych. Scenografia jest ponura i przygnębiająca, a jej dopełnieniem muzyka skomponowana przez Krzesimira Dębskiego. PRL w przekazie Wójcika to kraj, w którym ludzie o nieprawomyślnych poglądach i patriotycznej przeszłości każdego dnia zmagać się muszą z wszechobecną cenzurą, nachalną inwigilacją i bezpodstawnymi oskarżeniami o wywrotową działalność; jedynej realnej szansy na poprawę swojego losu mogą upatrywać oni jedynie poza granicami rządzonego przez komunistów kraju.

Wszystko to widzimy tym wyraźniej, że główny bohater jest człowiekiem skrajnie nie przystającym do zastanej rzeczywistości. Wychowany i wykształcony w Polsce międzywojennej, jest przywiązany do wartości, które wojna w pewnej mierze pogrzebała. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, z bronią w ręku działał w partyzantce, a za swój wkład w walkę z Niemcami zapłacił w nowym państwie polskim więzieniem, które opuścił dopiero na mocy amnestii. Człowiek taki jak on nie zgadza się na dołączenie do partii, odrzuca także propozycje współpracy ze służbami państwowymi i donoszenia na kolegów, czym ściąga na siebie kolejne represje. Postać doktora Hoffmana nie byłaby może tak porywająca, gdyby nie grający ją Janusz Gajos, który po raz kolejny stanął na wysokości zadania i zagrał na poziomie, do jakiego już nie raz nas przyzwyczajał,

W kwestii postaci Hoffmana można mieć pretensje do scenarzystów, że stworzyli figurę nieskazitelną, o twardym kręgosłupie moralnym, będącym tak naprawdę pomnikiem przedwojennych wartości. W dodatku nieustannie zmagającą się z tymi, którzy w nowej rzeczywistości odnaleźli się bardzo dobrze, bądź też nie wytrzymali presji ze strony systemu i ostatecznie nie wykazali się podobną niezłomnością. Jednak po pierwsze, polska historia niejedną taką postać zna, po drugie zaś – więcej wewnętrznych rozterek, czy moralnych dylematów twórcy tchnęli w filmowego wspólnika doktora, Jurka. Postaci świetnie zagranej przez Jana Frycza nowa rzeczywistość również nie rozpieszcza. Do tego stopnia, że będąc mężczyzną w średnim wieku pozostaje bezrobotnym artystą nie wpuszczanym na wystawy i wernisaże z racji nieakceptowalnej przeszłości, od czasu do czasu sprzedającym swoje prace za niewielkie kwoty, nie stroniącym od alkoholu, na utrzymaniu małżonki, zawodząc ją niemal na każdym możliwym polu. Akcja, której jest pomysłodawcą, ma zmienić ten stan rzeczy i pozwolić znów żyć pełnią życia. Jurek również jest weteranem wojennym, również brał udział w walkach z niemieckim okupantem, choć jego w jego przeszłości nie zabrakło miejsca na pewne skazy. O ile postać Hoffmana naświetla widzowi tragizm losu tych najbardziej niezłomnych, obrazując kryzys dawnych wartości, o tyle kreacja Jurka rzuca światło na najbardziej palące problemy i dylematy tych wszystkich, którzy w czasach realnego socjalizmu z racji pewnych kart w życiorysie zmuszeni byli każdego dnia walczyć o przetrwanie, w całkiem biologicznym, materialnym tych słów znaczeniu.

Jeśli do całej historii dodamy fakt, że poza odtwórcami głównych ról swój angaż znalazły w nim tak uzdolnieni aktorzy, jak Edyta Olszówka, Sławomirz Orzechowski czy Witold Dębicki, a także, że każdy z nich wystąpił na miarę pokładanych oczekiwań, to „Tam i z powrotem” warto zarekomendować bez mała każdemu widzowi. Produkcja w 2003 roku była nominowana do Polskiej Nagrody Filmowej aż w dziewięciu kategoriach, zaś szereg nagród otrzymał na 27. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie doceniono przede wszystkim reżyserię, kostiumy oraz montaż, zaś Wojciech Wójcik otrzymał indywidualne wyróżnienie za „podjęcie historycznie ważnego tematu i przekazanie głębokich wartości moralnych”. Zdecydowanie zresztą zasłużone – o czym warto samodzielnie się przekonać.