Dulszczyzna w pełnej krasie – recenzja filmu „Futro”

udostępnij na:

Komunia. Białe alby, pierwszy sakrament, ważne wydarzenie duchowe dla każdego małego katolika. Ale jest też inny wymiar tego święta. Komercjalizacja, prześciganie się w kupowaniu jak najlepszych (czytaj – najdroższych) prezentów dla komunikanta, wreszcie – spotkania z rodziną, w obrębie której zwykle pełno jest animozji i z którą, jak głosi stare porzekadło, najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Tomasz Drozdowicz dostrzegł w tym wszystkim idealną scenerię do nakręcenia filmu z gatunku czarnej komedii. „Futro” w jego reżyserii posiada atuty, które czynią tę produkcję godną odnotowania.

Komunijne przyjęcie małego Kuby przyjmuje postać wystawnego garden-party. Szybko jednak okazuje się, że zaproszeni goście tworzą mieszankę wybuchową. W całkiem dosłownym tych słów znaczeniu, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę dwóch uświetniających imprezę, uzdolnionych pirotechnicznie wnuków. Ale są jeszcze pedantyczny szwagier, wyuzdana szwagierka, zięć-fetyszysta i dziadek, który za wszelką cenę chce zrobić wrażenie na pozostałych gościach. Rodzinna uroczystość prędko przeradza się w pole bitwy pomiędzy świętującymi, którzy szybko odkładają na bok konwenanse i pozwalają wziąć górę utarczkom, wzajemnym animozjom i głęboko skrywanym emocjom.

„Futro” w chwili premiery było często porównywane do „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego i wypada z miejsca zaznaczyć, że film Drozdowicza porównania tego nie wytrzymuje. Składa się na to kilka czynników, na czele z bohaterami, którzy w „Futrze” nie są tak niejednoznaczni i wielowymiarowi jak we wspomnianym dziele Smarzowskiego. Jeśli jednak spojrzymy na tę produkcję nie przez pryzmat jakichkolwiek porównań czy odniesień, lecz jak na samodzielny utwór, to spostrzeżemy w nim solidną i przede wszystkim bardzo zabawną komedię, ukazującą w krzywym zwierciadle nowobogackich beneficjentów transformacji ustrojowej. Drozdowicz skłania do socjologicznej refleksji nad polską klasą średnią i jest to refleksja nad wyraz gorzka. Rozbuchany konsumpcjonizm, wzajemna zawiść i niepohamowane pragnienie udowodnienia światu swojego ponadprzeciętnego stanu posiadania to jej chleb powszedni. Nieprzypadkowo osią fabuły uczyniono pierwszą komunię świętą, wydarzenie ważne w religijnym życiu młodego człowieka, będące przecież również okazją do świętowania w rodzinnym gronie. Tymczasem zgromadzeni goście reagują zaskoczeniem, że mały komunikant postanowił zaprosić na uroczystość swoją katechetkę, nieświadomi chyba, że swoim postępowaniem odzierają święto małego Jakuba tak z wymiaru religijnego, jak i rodzinnego.

Atutem „Futra” jest obsada – aktorzy świetnie czują swoje role, a wśród nich w sposób szczególny wyróżniają się Karolina Gruszka i Roma Gąsiorowska. Pierwszej z pań przypadła w udziale postać wspomnianej katechetki – bohaterki z jednej strony niepasującej do reszty zgromadzonego przy uroczystości towarzystwa, z drugiej jednak czarującej choćby za sprawą swoich rewolucyjnych, jak na pełniony zawód, poglądów. Gąsiorowska w „Futrze” to natomiast Olenka, pochodząca z Ukrainy gosposia, dziewczyna prosta, nadgorliwie lojalna względem swoich pracodawców. Jak wielu bohaterów, także i Olenka jest postacią bardzo wyrazistą, w swoich wypowiedziach i reakcjach często przerysowaną, ale w tym właśnie tkwi jej urok. Na tym jednak nie koniec udanych ról – świetnie zaprezentowała się (nie po raz pierwszy i nie poraz ostatni zresztą) Magdalena Boczarska, mocny punkt w aktorskim CV postawią za sprawą „Futra” także Janusz Chabior i Witold Dębicki. W niczym nie ustępują im Dorota Segda oraz Agnieszka Wosińska.

„Futro” nie jest może filmem, który będzie się wspominało po latach z jakimś wyjątkowym sentymentem, ale ma w sobie wszystko, czego potrzeba, by spędzić przed nim przyjemne półtorej godziny. Świetna obsada, spora dawka inteligentnego humoru i szczypta gorzkich, socjologicznych diagnoz poświęconych współczesnemu polskiemu społeczeństwu każą postawić dzieło Drozdowicza wśród produkcji, dla których warto wygospodarować swój czas.

 

futro_okladka