Przytłaczający dreszczowiec – recenzja filmu „Supermarket” w reżyserii Macieja Żaka

udostępnij na:
supermarket_naglowek

„Supermarket” Macieja Żaka wszedł na ekrany kin dość niepostrzeżenie. Bez wyeksponowanych bilboardów, bez agresywnej kampanii reklamowej, bez epatowania wielkimi nazwiskami na promocyjnych plakatach. Skutki łatwo można było przewidzieć. Nawet w pierwszym weekendzie po premierze był jednym z filmów plasujących się na końcu box office’owej listy. A szkoda, bo z czystym sumieniem można go uznać za jeden z ciekawszych polskich dreszczowców ostatnich lat.

Akcja filmu niemal od początku, aż po napisy końcowe, toczy się w tytułowym supermarkecie. Kiedy okazuje się, że w tygodniach poprzedzających Boże Narodzenie ze sklepu zniknęły towary o wartości ponad osiemdziesięciu tysięcy złotych, szef ochrony, Jaśmiński, zostaje wezwany na dywanik do kierownika. Właściciel placówki grozi, że w przypadku kolejnych kradzieży zmuszony będzie zrezygnować z jego usług i zatrudnić inną firmę ochroniarską. Jaśmiński traktuje ostrzeżenie bardzo poważnie i nie chcąc stracić lukratywnej umowy, wymusza na podwładnych większą sumienność w pracy, jednocześnie zezwalając im na bardziej stanowcze, niż do tej pory, traktowanie sklepowych złodziejaszków. Na efekty nie trzeba długo czekać. Jeszcze tego samego dnia w ręce ochroniarzy wpada jubiler Michał Warecki, który wstąpił do sklepu, by zakupić samochodowy akumulator. Oskarżony o kradzież, znosi z ich strony groźby i szykany. Problem pojawia się, kiedy wychodzi na jaw, że zapomniał on jedynie zapłacić za zjedzony w obrębie sklepu czekoladowy batonik. Na odkręcenie całej sprawy jest już za późno.

Od momentu, gdy Warecki trafia do pokoju zatrzymań, rozwój relacji między nim, a sklepową ochroną, przywodzi na myśl głośne swojego czasu eksperymenty Philipa Zimbardo i Stanleya Milgrama. Z chwilą, kiedy kierownik supermarketu umywa ręce od całej sprawy i przekazuje odpowiedzialność za Wareckiego na ręce Jaśmińskiego, część ochroniarzy zapomina o skrupułach i zamienia się w oprawców, wykorzystujących uprzywilejowaną pozycję do wyżywania się na zatrzymanym. Stopniowo atmosfera się zagęszcza. Z dość lekkiego dreszczowca, jakim „Supermarket” wydaje się mniej więcej do połowy projekcji, film przeradza się w mroczny, trzymający w napięciu thriller, by na pewien czas przybrać manierę typową dla amerykańskich slasherów.

W „Supermarkecie” Żak porusza różne tematy, choć żaden z nich nie wybija się w sposób szczególny na tle pozostałych. Jeden z bohaterów jest skrywającym mroczną przeszłość sługusem poprzedniego systemu, lecz „Supermarket” to nie film, który stawiałby sobie za cel rozliczenie z dziedzictwem komunizmu. Mogłoby się wydawać, że obraz będzie piętnował sklepowych złodziei, ale w gruncie rzeczy kradzież będąca przyczynkiem do całej sprawy z Wareckim szybko schodzi tu na odległy plan. Krytyka korupcji, kolesiostwa i układów, choć w filmie występuje, również jest gdzieś na uboczu. Wątek trudnych relacji z ojczymem i rozczarowań wywoływanych niemożnością spełnienia własnych marzeń i ambicji pobrzmiewa w tle. O czym jest więc „Supermarket”, skoro trudno dostrzec w nim temat wiodący? Wydaje się, że w największym stopniu o tym, jak w człowieku przypartym do ściany, na którym wywiera się ogromną presję, a jednocześnie uwalnia go z moralnych hamulców, rodzą się nieludzkie, bestialskie reakcje – a od nich przecież już tylko krok do prawdziwych tragedii.supermarket_screen1

Tytułowy supermarket urasta w pewnym momencie do roli bohatera opisywanego filmu. Za dnia panuje w nim chaos, a ludzie spieszący się z zakupami tuż przed sylwestrowym szaleństwem, wydają ciężko zarobione pieniądze pośród zgiełku i gwaru. Nocą, gdy korytarze pomiędzy kolejnymi półkami są puste, a oświetlające je halogenowe lampy wyłączone, sceneria jest przytłaczająca, idealnie pasująca do filmu tego gatunku. Klaustrofobiczną atmosferę akcentują dodatkowo zdjęcia Jana Holubka, którego kunszt najłatwiej dostrzec przy okazji ujęć na zapleczu i w magazynie supermarketu, gdzie kręcone są kulminacyjne sceny. Niebagatelną rolę w budowaniu nastroju pełni również muzyka. Kompozycje Mariusza Szypury, posępne i niepokojące, długo nie dają o sobie zapomnieć.

Na szczególną uwagę w przypadku „Supermarketu” zasługują kreacje aktorskie. Fenomenalny Marian Dziędziel na oczach widza przechodzi metamorfozę ze spokojnego i zrównoważonego pracownika ochrony, w wyrachowanego i porywczego brutala. Tomasz Sapryk, o którym w ostatnim czasie nieco przycichło, powrócił na kinowe ekrany w świetnej formie, wcielając się w rolę Wareckiego. Z kolei Mikołaj Roznerski, do tej pory mający za sobą niewielkie aktorskie doświadczenie, nieźle poradził sobie z rolą Himka – przybranego syna Jaśmińskiego, artystycznej duszy, która wolałaby raczej spędzić sylwestrową noc na koncercie wraz ze swoim zespołem, aniżeli krzątać się po zatłoczonym sklepie. W jego grze widać pewne warsztatowe braki, jednocześnie jednak nie sposób odmówić mu potencjału. Bardzo dobrze wypada również drugi plan – Izabela Kuna w rolę żony Wareckiego włożyła bardzo wiele emocji, natomiast Przemysław Bluszcz, wcielając się w kierownika supermarketu, kolejny raz imponuje aktorską charyzmą. Grzechem byłoby nie wspomnieć również o Justynie Schneider. Jako kasjerka Kasia, wyraźnie czująca miętę do Himka, prezentuje się lepiej niż dobrze i miło byłoby zobaczyć ją w niedalekiej przyszłości w bardziej znaczących rolach.

„Supermarket” nie jest filmem w żaden sposób przełomowym, jednak godnym polecenia każdemu sympatykowi gatunku. Dzieło Macieja Żaka na tle podobnych produkcji wyróżnia się oryginalną fabułą, ciężkim i posępnym klimatem, a także kilkoma popisowymi rolami, ze szczególnym uwzględnieniem Mariana Dziędziela, który za swój udział w filmie został nagrodzony na International Antalya Golden Orange Film Festival. Zdecydowanie warto dać mu szansę i obejrzeć je na wielkim ekranie.

 

supermarket_okladka