Trzęsacz – Ruiny kościoła na klifie

udostępnij na:
trzesacz_foto_1

Trzęsacz. Malutka nadmorska wieś, zamieszkiwana poza sezonem wakacyjnym przez niewiele ponad stu mieszkańców. Jest w niej jednak coś, co czyni tę miejscowość wyjątkową. I nie chodzi wcale o fakt, że nieco na wschód od niej przebiega południk 15*00” długości geograficznej wschodniej, który wyznacza czas środkowoeuropejski. Tym, co sprawia, że Trzęsacz pojawia się niemal w każdym polskim przewodniku krajoznawczym, a latem ściąga rzesze turystów, jest górujący nad brzegiem Bałtyku gotycki kościół. Chociaż niegdyś był oddalony plaży o niemal dwa kilometry, to jednak klif nieustannie cofa się podmywany przez morskie fale, systematycznie porywające kolejne fragmenty budowli.

Burzliwe dzieje kościoła

Pierwszy drewniany kościół w Trzęsaczu powstał już w XII wieku, w samym centrum wioski, około 1800 metrów od brzegu morza. Jeśli wierzyć temu, co pastor Gardes pisał w 1765 w swojej kronice, był to trzeci chrześcijański kościół wybudowany na Pomorzu, a przez długi czas jeden z najokazalszych. Świątynia była miejscem kultu nie tylko dla mieszkańców Trzęsacza, ale i kilku położonych nieopodal miejscowości.

W miejscu drewnianego kościoła zbudowano z biegiem czasu dużą, murowaną świątynię, systematycznie rozbudowywaną na przestrzeni kolejnych stuleci, o czym świadczyć miały elementy charakterystycznych dla różnych epok stylów architektonicznych, na jakich bazowano w toku budowy. Natomiast ruiny, które dziś ukazują się oczom turystów, to pozostałości trzeciego, ceglanego kościoła pod wezwaniem św. Mikołaja, wzniesionego na przełomie XIV i XV wieku w miejscu poprzednich dwóch budynków.

Początkowo kościół w Trzęsaczu służył za miejsce kultu katolikom, jednak zmiany w tym względzie przyniosła postępująca reformacja. W 1534 roku odbył się Sejmik Trzebiatowski. Na landtagu uznano protestantyzm za religię państwową, obowiązującą na całym Pomorzu Zachodnim. Wskutek tej decyzji, kościół w Trzęsaczu ze świątyni katolickiej stał się miejscem kultu ewangelików.   

Pod koniec XVI wieku przykościelny cmentarz został otoczony murem. W toku wojny trzydziestoletniej kościół został uszkodzony, jednak już w dwa lata po jej zakończeniu – w 1650 roku – cieśla Martin Bellin odbudował jego wieżę. Na tym jednak nie zaprzestano remontu i rozbudowy świątyni. Do końca XVII wieku wybudowano chór i ustawiono nowe ławy, a w 1679 roku odlano nowy kościelny dzwon, o masie ponad czterystu kilogramów.

W XVIII wieku zakupiono nowy ołtarz, a gdy 4 czerwca 1760 roku w najwyższą wieżę kościoła uderzył piorun i uszkodził wierzchołek, usunięty został jej szczyt. Tymczasem morze nieuchronnie zbliżało się do brzegu, zabierając kolejne połacie lądu. W połowie XVIII wieku z dawnej, niemal dwukilometrowej odległości dzielącej kościół od morskiego brzegu, zostało zaledwie pięćdziesiąt metrów. Doskonale zdawano sobie sprawę z zagrożenia, jakie dla świątyni stanowi coraz bardziej zaborcze morze – zwłaszcza, że nie tak dawno morze porwało kilka znaczących gospodarstw położonych na północ od świątyni. Podjęto próby zabezpieczenia klifu przy użyciu wielkich drewnianych pali i faszynowych mat, jednak szalejącego żywiołu nie udało się powstrzymać. W 1772 pastor Bahneman wystosował list do Fryderyka Wielkiego, w którym skarżył się na niebezpieczeństwo, w jakim znalazł się jego kościół i rozważał budowę nowego, gdyby ten został pochłonięty przez Bałtyk.

Ważne, o ile nie decydujące wydarzenia związane z historią kościoła w Trzęsaczu miały miejsce na przestrzeni XIX wieku. Po tym, jak morze zabierało ze sobą gospodarstwa mieszkańców, kolejną ofiarą stał się przykościelny cmentarz, nieustannie podmywany przez Bałtyk. Kiedy morze zaczynało porywać, a następnie wyrzucać na brzeg szczątki pochowanych przy świątyni mieszkańców miasta, trzeba było interweniować. W 1806 roku podjęto decyzję o budowie nowego cmentarza, oddalonego od wybrzeża. Jednak nie tylko morska woda stanowiła dla kościoła niebezpieczeństwo – w 1818 roku w kościelną wieżę podczas sztormu ponownie uderzył piorun, niszcząc ją do tego stopnia, że konieczna była rozbiórka. W jej miejscu umieszczono dzwonnicę. Tymczasem morze znajdowało się coraz bliżej kościoła. W połowie XIX wieku było to już zaledwie pięć metrów – kościół znajdował się tuż nad przepaścią.

Mimo, że spod budynku zaczęła osuwać się ziemia, a w 1855 roku podczas kolejnego gwałtownego sztormu woda dostała się do świątyni, czyniąc w niej znaczne spustoszenie,  kościół nadal pełnił dotychczasową funkcję. Sytuacja była wprawdzie na tyle poważna, że w 1856 roku do Trzęsacza przybył rządowy wizytator, który podjął decyzję o rozbiórce, tłumacząc to faktem, iż dalsze zabezpieczanie kościoła ciągnęłoby za sobą zbyt duże koszta, a i tak nie dałoby pewności, że prędzej czy później nie zostanie on zniszczony przez morską wodę. Mimo to wierni nadal próbowali chronić kościół, który wbrew wcześniejszym postanowieniom pozostawał otwarty. Ponownie pod klifem ustawiono wielkie drewniane pale, brzeg zabezpieczono faszyną – jednak i tym razem skutki tego przedsięwzięcia były mizerne.

W 1864 roku decyzję o rozbiórce podjął sam rząd królewski, zaś w latach siedemdziesiątych sytuacja była już na tyle poważna, że zamknięcie kościoła stało się konieczne, niezależnie od opinii mieszkańców Trzęsacza. W 1868 roku bowiem odległość klifu od ściany budynku wynosiła zaledwie jeden metr, co stwarzało bezpośrednie niebezpieczeństwo dla wiernych uczestniczących w nabożeństwach. Przez sześć kolejnych lat odbywały się tu msze. Ostatnie nabożeństwo odbyło się tu 2 marca bądź 1 sierpnia 1874 roku – źródła nie są w tej kwestii zgodne. Pewne jest jednak, że dnia 2 sierpnia 1874 kościół w Trzęsaczu został oficjalnie zamknięty. Jego piękne, zabytkowe wyposażenie było stopniowo wywożone ze wsi. Większość trafiła do katedry w Kamieniu Pomorskim, choć niektóre obiekty znalazły się w rewalskim kościele, a także muzeach w Szczecinie i Berlinie. Kościół jeszcze przez kilkanaście lat dzielnie opierał się morskim falom. Jednak już w 1891 woda uderzająca o klif ukazała fundamenty budowli, a dwa lata później stabilność utracił północno-zachodni róg.

To, co od wielu lat uważano za nieuchronne, stało się w nocy z 8 na 9 kwietnia 1901 roku. Morze porwało całą północną ścianę kościoła. Dwa lata później odpadła kolejna część budynku. Wschodni szczyt świątyni spadł do morza 31 marca 1909 roku, a 30 grudnia 1913 roku woda zabrała kolejny fragment budowli. Wschodnie wejście do kościoła uszkodzone zostało cztery lata później. W 1922 zniszczona została południowa część fasady kościoła, a zaledwie osiem lat później morze zabrało następną część prezbiterium.

Kolejne osunięcie miało miejsce już po II wojnie światowej, w 1956 roku. Do morza wpadł wtedy południowo-wschodni narożnik kościoła. Następnym zniszczeniom świątynia ulegała w latach siedemdziesiątych, w 1973 i 1975 roku. Ostatnim razem morze zabrało fragment kościoła w 1994 roku – spadła wówczas połowa południowej ściany świątyni. Od tamtego czasu nad plażą góruje jedynie niewielki fragment jednej ze ścian budowli i to on każdego roku jest głównym – choć od jakiegoś czasu nie jedynym – celem, dla którego turyści zatrzymują się w Trzęsaczu.           

Miejscowe legendy

Na przestrzeni wieków na temat kościoła w Trzęsaczu powstało kilka legend, którymi próbowano tłumaczyć sobie niszczycielskie działania morskich fal. Pierwsza i zarazem najbardziej rozpowszechniona mówi o dwojgu kochanków: Kaźku, synu rybaka i Ewie, córce komornicy. Byli w sobie bardzo zakochani, jednak Kaźko zginął na morzu, walcząc na okręcie przeciw Brandenburczykom. Na wieść o śmierci ukochanego, Ewie pękło serce. Dziewczynę pochowano na przykościelnym cmentarzu. Od tamtej pory duch Kaźka zaklęty w morskie fale przybywa do wybrzeży Trzęsacza, by na zawsze połączyć się z Ewą.

Inna legenda mówi o rybakach, którzy podczas jednego z połowów wyłowili z morza zielenicę. Zawsze, gdy wypływali na morze, z przyjemnością słuchali śpiewu tych niezwykłych istot, a jeśliby przypadkiem któraś z nich przypadkowo zaplątała się w rybackie sieci, zawsze wypuszczali ją z powrotem do wody. Sytuacja zmieniła się, gdy na Pomorze dotarła misja chrześcijańska, dwa kilometry od morza wybudowano kościół, a przybyły proboszcz sumiennie i żarliwie głosił wśród mieszkańców nową, chrześcijańską wiarę. Traf chciał, że dowiedział się także o rybakach żyjących w harmonii i pokoju z morskimi istotami. Nakazał, aby od tej pory wszystkie złapane zielenice trafiały do kościoła, gdzie miały być ochrzczone. Kiedy kolejnym razem jedna z zielenic wpadła w sieć rybaków, ci, bojąc się proboszcza, który zagroził im brakiem rozgrzeszenia, posłusznie przyprowadzili ją do kościoła. Duchowny, nie zważając na płacz i lament morskiej istoty, umieścił ją w wielkiej chrzcielnicy i siłą nauczał chrześcijaństwa, a następnie ochrzcił. Pozostawiona daleko od morza, morska istota wyzionęła ducha, po czym – jako, że była ochrzczona – za nakazem proboszcza została pochowana w przykościelnym cmentarzu. Na wieść o śmierci zielenicy, bogowie mórz, Pluskon i Bałtyk, rozsierdzili się. Od tej pory rozkazał morskim falom uderzać w brzegi wioski, tak, by po porywały ląd kawałek po kawałku i ostatecznie pozwoliły mu odzyskać córkę. Podczas sztormów ziemia straszliwie trzęsła się i drżała – stąd osadę z czasem zaczęto nazywać Trzęsaczem. Koniec końców zaś Pluskon i Bałtyk odzyskali ciało pięknej zielenicy.

Trzecia i jednocześnie najmniej znana legenda mówi o nordyckim bogu burz i piorunów, Thorze, do którego od zarania dziejów należały tereny wokół wioski. Na skutek chrystianizacji został jednak z nich wyparty, a wśród ludności zatryumfowała nowa, chrystusowa religia. Nie mogąc pogodzić się z tą stratą, Thor zsyłał odtąd na okolicę sztormy, burze i pioruny, które miały niszczyć morski brzeg i rok po roku odbierać mieszkańcom kolejne kawałki lądu.

Warto jednak pamiętać, że owe trzy legendy to nie jedyne niezwykłe historie, jakie narosły wokół Trzęsacza. Nieopodal ruin kościoła znajdują się dwa ogromne jesiony – według niektórych podań są to brandenburscy żołnierze, którzy podczas wojny na wybrzeżu usiłowali splądrować kościół, za co spotkała ich kara w postaci niefortunnej przemiany. Do dzisiaj także można w Trzęsaczu usłyszeć od rybaków o  Toni Umarłych, znajdującej się na morzu, na wysokości ruin kościoła – nazwanej w taki sposób z powodu faktu, że jeszcze nie tak dawno temu morze wyrzucało w tym miejscu szczątki ludzi pochowanych niegdyś na przykościelnym cmentarzu.

Zdając sobie sprawę, jak wielką atrakcje turystyczną stanowią górujące nad Bałtykiem pozostałości kościoła, lokalne władze podjęły decyzję o zabezpieczeniu obiektu. W 2001 roku zamontowano u podnóża klifu opaskę brzegową, która ma uniemożliwić morskim falom dalsze jego podmywanie. Ponadto wzmocniono fundamenty pod ruinami, a na zboczu wprowadzono kolejne zabezpieczenia. Tym samym pozostałości kościoła są dziś bezpieczne, a mieszkańcy Trzęsacza nie muszą się obawiać, że ich miejscowość utraci swoją wizytówkę. Jakby tego było mało, wiosną 2009 roku do użytku turystów oddany został taras widokowy, którego koniec znajduje się tuż nad morską wodą, a z którego najwygodniej ogląda się i fotografuje ruiny kościoła. Będąc zatem na wybrzeżu rewalskim, nie można pominąć tego wyjątkowego miejsca – zwłaszcza, iż pozostałości kościoła w Trzęsaczu są jedynym tego typu zabytkiem w Europie.