Kategorie
Blog

Kościół w Gniewie skrywał liczne, bogate pochówki. Archeolodzy odkryli jego tajemnice

Doskonale zachowane luksusowe szaty wykonane z ponad tysiąca rodzajów jedwabiu, modlitewniki w skórzanych oprawach i inne zabytki sprzed kilkuset lat znaleziono w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja w Gniewie. Właśnie podsumowano 7 lat wykopalisk.

„Takich bogactw, jak w gniewskim kościele, często nie znajduje się nawet w grobach królewskich na Zachodzie. To jedno z najbogatszych znalezisk z badań archeologicznych przeprowadzonych do tej pory, dotyczących kościelnych pochówków w naszym kraju” – wyjaśnia w rozmowie z PAP kierująca projektem prof. Małgorzata Grupa z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Podkreśliła, że gniewski kościół jest jedną z najlepiej przebadanych w Polsce pod tym kątem świątyń.

Zmarłych chowano tam niemal w każdym miejscu pod powierzchnią posadzki: przy wejściu, w nawie głównej czy kaplicach. Taka praktyka rozpoczęła się 600 lat temu, a zakończyła na początku XIX w. „Kiedy myślimy o pochówkach w kościele, najczęściej stają nam przed oczami krypty. W przypadku gniewskiego kościoła było inaczej – tutaj chowano ludzi zarówno w nich, ale i bezpośrednio pod posadzką kościoła, w trumnach” – opowiada prof. Grupa.

Podobnie było w innych kościołach – pod posadzkami lokalizowano niejednokrotnie olbrzymie cmentarze.

Kościół wykorzystywano do celów cmentarnych bardzo intensywnie: w niektórych miejscach archeolodzy odkryli aż sześć warstw pochówków, które sięgały 2,5 m pod poziom posadzki. Archeolodzy wstępnie szacują, że pod posadzką mogło być pochowanych nawet ponad tysiąc osób.

Prof. Grupa zauważa, że w kościołach chowano zwykle osoby majętne i o wysokim statusie społecznym. Ale nawet ją zaskoczyła skala bogactw, jakie towarzyszą zmarłym w gniewskim kościele. Są to np. bardzo drogie szaty zmarłych, na które składało się ponad tysiąc rodzajów jedwabiu! Z kolei pochówki dzieci są wyjątkowo bogato wyposażone w różnego rodzaju wianki, sztuczne kwiaty (wykonane m.in. z papieru i jedwabiu), często na metalowym stelażu, który pierwotnie imitował złoty drut.

„Pozyskanie skarbów nie jest jednak celem w samym sobie. Nasze badania mają zaprezentować opowieść o życiu zmarłych. Archeologia to przecież nauka, która – poprzez śmierć – opowiada o życiu” – mówi prof. Grupa.

Archeolog ma nadzieję, że część znalezisk uda się wyeksponować w centrum Gniewu. W salach muzealnych można przybliżyć związane ze znaleziskami fakty dotyczące np dziejów numizmatyki, kostiumologii czy medycyny. „Zwiedzający byliby zaskoczeni bogactwem zabytków, które przyćmiewają nawet te z Gdańska czy Torunia” – przekonuje.

Na kościach wielu zmarłych archeolodzy i antropolodzy stwierdzili m.in. ślady po syfilisie, gruźlicy i próchnicy. Dzięki temu uzyskują wgląd w stan zdrowia ówczesnych ludzi.

W tym roku wykopaliska prowadzono w nawie głównej, przy wejściu do kościoła. „Zaskoczyła nas duża liczba obecnych w tym miejscu pochówków dziecięcych. Z reguły w takiej lokalizacji grzebano dorosłych” – informuje archeolog.

Archeolodzy natknęli się również na ruiny starszej świątyni, która stała w tym samym miejscu. Na przełomie X i XI wieku wznieśli ją poganie. Co ciekawe, również oni chowali zmarłych w obrębie świątyni. Naukowcy natknęli się tam na groby dzieci i niemowląt.

Najwięcej informacji naukowcy uzyskali na temat mieszkańców Gniewu sprzed kilkuset lat (żyjących tam ok. XV w. – i później). Do zachowania ich grobów w dobrym stanie przyczyniły się obecne w okolicy iły. Są to gleby zachowujące optymalny poziom wilgoci – taki, dzięki któremu zabytki, szczególnie organiczne, nie ulegają zbyt szybkiemu rozkładowi.

Po wydobyciu i przebadaniu część kości trafiła z powrotem pod posadzkę kościoła. Za każdym razem towarzyszyło temu nabożeństwo. W czasie powtórnego pogrzebu groby są odpowiednio oznakowywane: archeolodzy umieszczają w nich specjalne metryczki z informacją o tym, kto i kiedy prowadził w tym miejscu badania.

„Szkieletom wkładamy również współczesne grosze, które pomogą być może kiedyś w zrozumieniu, co wydarzyło się w kościele na początku XXI wieku” – dodaje archeolog.

Badania w Gniewie rozpoczęto w 2009 r. „Wykopaliska były najprostszą częścią naszego projektu. Przed nami czas na konserwację i opracowanie danych. Szacujemy, że potrzebujemy na to dziesięciu lat” – mówi prof. Grupa.

Prace prowadzono dzięki finansowemu wsparciu gminy Gniew. Archeologów zaprosił proboszcz Zbigniew Rutkowski. Poprosił on o przeprowadzenie badań, które poprzedziłyby generalny remont świątyni.

Kategorie
Blog

10 wskazówek jak odkryć w sobie biegun okiem Marka Kamińskiego!

Marek Kamiński w swojej książce „Odkryj, że biegun nosisz w sobie” zdradza przed czytelnikami tajniki tego, jak otwierać furtki do realizacji własnych marzeń. Zachęca do pracy nad sobą, refleksji nad otoczeniem i odwagi do zdobycia własnych biegunów.

Marek Kamiński jako pierwszy zdobył oba bieguny ziemi w ciągu jednego roku. Najpierw z Wojciechem Moskalem zdobyli biegun północny, a kilka miesięcy później, parę dni przed Sylwestrem zdobył samotnie biegun południowy i tak przywitał rok 1996. Brał udział w rejsie dookoła Atlantyku, zbadał źródła Amazonki, przeszedł pustynie Gibsona. Razem z Jaśkiem Melą, niepełnosprawnym chłopcem dotarł na oba bieguny ziemi. Dla jednych idol, dla innych ryzykant, ale każdy w jego książce „Odkryj, że biegun nosisz w sobie” znajdzie wskazówki jak udźwignąć marzenia i jak nie dać się swojemu własnemu żandarmowi. Poniżej kilka cytatów z książki, które mogą okazać się Wam przydatne w odkrywaniu swojego bieguna. Pamiętajcie jednak, że ta skromna dawka nie odda w całości mobilizującego charakteru lektury, do której z pewnością trzeba zajrzeć.
No to zaczynamy!

1. „Zycie można przeżyć w taki sposób, że przez cały czas płyniemy z prądem wydarzeń i staramy się tylko o to, żeby utrzymywać się na powierzchni, nie za bardzo ryzykując. Ale życie służy temu, żeby coś z nim zrobić. Nie wystarczy czekać na to, aż ono z nami coś zrobi, tylko trzeba samemu wykonać pewną pracę”
cz-g
2. „Zrób więcej niż ktoś zrobił przed tobą”
now

3. „Swojego bieguna nie można odkryć tylko i wyłącznie myśląc o nim. Trzeba zderzyć się z rzeczywistością, która pokazuje nam wtedy kierunek. A zdarza się, że w drodze na biegun odkrywamy, co jest naszym kolejnym celem”

Marek Kamiński i Jaś Mela w drodze na biegun
Marek Kamiński i Jaś Mela w drodze na biegun

4. „Przypomnij sobie, ile razy w ostatnim miesiącu czy roku pomyślałeś o czymś, co zawsze chciałeś zrobić, co jest dla ciebie ciekawe ważne lub atrakcyjne, ale powiedziałeś sobie „To niemożliwe” (…) Następnie wybierz jedną z takich rzeczy i zrealizuj ją”

Marek Kamiński w Liceum popłynął frachtowcem do Danii
Marek Kamiński w Liceum popłynął frachtowcem do Danii

5. „Pierwszy krok polega według mnie na tym, żeby w samym sobie pokonać lęk i wstyd. To lęk przed tym, że powiemy lub zrobimy coś głupiego. Lęk przed skonfrontowaniem się z ocenami innych. Może także pojawić się lęk, czy warto inwestować czas, pieniądze, energię. Bo jeśli zajmę się tym, to nie zajmę się czymś innym. Pierwszy krok polega na wyborze, że zaczynamy poświęcać czas właśnie temu projektowi’

Biegun Północny
Biegun Północny

6. „Trzeba zdobyć się na odwagę wypowiedzenia własnych marzeń na głos” (…) „Tak jak istnieje żandarm wewnętrzny, tak też istnieje żandarm zewnętrzny, czyli nasza obawa przed tym, jak zareagują inni, jeśli wypowiemy na głoś jakieś swoje marzenie”
zandarm-2
7. „W swoim otoczeniu wybierz jedna osobę, która zawsze jest po twojej stronie – nie toczy z tobą walki o racje, ale jest też krytyczna, racjonalna i asertywna, i której uwagi uważasz za wartościowe”
live

8. „Przy ważnych, dużych projektach musimy być do nich przekonani w dziewięćdziesięciu procentach. Dlaczego nie w stu? Bo nigdy nie żyjemy niczym na sto procent”

Biegun Południowy
Biegun Południowy

9. „Bądź odważny w myśleniu i ostrożny w działaniu”
boegun-poln

10. „Codziennie zrób coś, czego się boisz (…) Każde, nawet najmniejsze działanie poza własnym, bezpiecznym schematem buduje naszą odwagę, poczucie wartości i pewności siebie”

mar

W książce opisane są także ćwiczenia psycholog Joanny Heidtman. Zajrzyjcie do środka, naprawdę warto!

Kategorie
Blog

W obronie rodzimych bogów – recenzja książki „Słowo i miecz” Witolda Jabłońskiego

Teoretycznie każdy autor decydujący się na wydanie książki powinien mieć do perfekcji opanowaną sztukę operowania słowem. W praktyce jednak prawdziwych wirtuozów języka polskiego wśród rodzimych twórców nie ma tak wielu. W tym niezwykle elitarnym gronie znajduje się Witold Jabłoński. Z tego powodu, kolejne jego dzieła wyczekiwane są z niecierpliwością przez tysiące czytelników.

Z drugiej strony, każdy, kto zetknął się do tej pory z twórczością tego autora, zdaje sobie doskonale sprawę z kontrowersyjnych poglądów, przemycanych na łamach jego książek. Ujmując rzecz najdelikatniej jak można, prezentują one wysoce sceptyczny stosunek do chrześcijaństwa oraz propagowanej przez nie moralności. Głośnym echem odbiły się w fandomie oskarżenia o propagowanie satanizmu wystosowane względem Jabłońskiego krótko po wydaniu przez niego powieści „Uczeń czarnoksiężnika”, z którymi zwykle wiąże się decyzję władz Łodzi o usunięciu pisarza ze stanowiska dyrektora tamtejszego Śródmiejskiego Forum Kultury. Sięgając po jego prozę, można być pewnym nie tylko wyjątkowego poziomu artystycznego dzieła, ale i kontrowersyjnych treści, zwykle budzących wśród odbiorców skrajnie odmienne opinie.

Nie inaczej będzie zapewne w przypadku najnowszej powieści Jabłońskiego, zatytułowanej „Słowo i miecz”. Książka przenosi nas do przełomu X i XI stulecia, na tereny dzisiejszej Polski. Osią fabuły są zmagania pomiędzy wyznawcami Jezusa Chrystusa, podejmującymi tu dzieło chrystianizacji, a buntującymi się przeciw piastowskiemu jarzmu mieszkańcami tutejszych ziem, przywiązanymi do dawnych, wyznawanych z dziada pradziada wierzeń i tradycji. Można by jedynie powiedzieć, iż ci pierwsi skupiają się na łamach „Słowa i miecza” pod wodzą Kazimierza Karola (w większości prac historycznych ochrzczonego mianem Odnowiciela), drudzy zaś stają u boku wzniecającego otwarty bunt Miecława, księcia Mazowszan. Byłoby to jednak o tyle duże uproszczenie, że akcja w następujących po sobie rozdziałach nie zawsze odbywa się w porządku chronologicznym. Mało tego, czytelnik przenosi się w różne okresy historyczne, także do lat, kiedy wspomniani przywódcy stron konfliktu nie stąpali jeszcze po świecie, a nękającym nadwiślańską ludność Piastem był nie kto inny, jak osławiony książę Bolesław, w historiografii figurujący jako Chrobry.

Chrystianizacja Polski nie należy do tematów, które na lekcjach historii omawiałoby się wystarczająco wnikliwie. Najczęściej robi się to w sposób sugerujący, iż w 966 roku, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poddani Mieszka I jak jeden mąż przyjęli chrześcijaństwo, odrzucając dotychczasowe wierzenia. Nieczęsto wskazuje się, że w rzeczywistości był to długotrwały, żmudny proces, nierzadko pociągający za sobą rozlew krwi i gwałtowne sprzeciwy ludności, takie jak te pod wodzą Masława. U Jabłońskiego chrystianizacja przybiera prawdziwie brutalne oblicze. Ukazana została bowiem nie z perspektywy zaprowadzających nową wiarę Piastów, lecz wyznających słowiańskie bóstwa mieszkańców nadwiślańskich krain. Piastowscy książęta, ich drużyny oraz chrześcijańscy duchowni, nazywani tu pogardliwie „czerńcami”, nie przebierają w środkach i w celu krzewienia chrześcijaństwa uciekają się do wyjątkowo brutalnych metod.

Obraz chrześcijan, jaki wyłania się ze „Słowa i miecza”, jest wyjątkowo negatywny. Ukazani są oni jako element obcy i destruktywny, brutalnie tłamszący kulturę i obyczaje naszych przodków. Jabłoński akcentuje skrajnie odmienne pojmowanie moralności u obu stron konfliktu. Podczas gdy zwolennicy Miecława cenią sobie radość życia, nie stronią od cielesnych uciech i wolnej miłości, ich wrogowie propagują ascetyzm, a cierpienie uznają za coś wzniosłego, pożądanego i oczyszczającego ludzką duszę. Natomiast głosząc miłość bliźniego, jednocześnie tłamsząc przemocą wszelki sprzeciw i bunt, dają niesamowity pokaz hipokryzji. Osobom identyfikującym się z wiarą chrześcijańską niełatwo będzie czytać co niektóre fragmenty „Słowa i miecza”. Sformułowania takie jak to Jezusie Chrystusie, zgodnie z którym jest on jedynie „Żydem przybitym do kawałka drewna” z pewnością wystawi na próbę cierpliwość niejednego czytelnika. Zwłaszcza, że antychrześcijańskie akcenty powtarzają się tu na co drugiej stronie, z czasem stając się coraz bardziej nachalne i wywołując u czytelnika wrażenie obcowania nie z solidną literaturą, a prymitywnym, antykatolickim paszkwilem. Trzeba jednak uczciwie przyznać, iż w powieści Jabłońskiego także bohaterowie wyznający rodzimą wiarę niejednokrotnie traktują swoje wierzenia w sposób instrumentalny. Płynący z tego wniosek wydaje się bardzo czytelny – religia, jakakolwiek by nie była, stanowi narzędzie do kontrolowania ludzi i kierowania ich poczynaniami. Na kartach „Słowa i miecza” można ponadto odnaleźć krytykę bezrefleksyjnego, ślepego przyjmowania zachodnich wzorców, przestrogę przed zatraceniem własnej tożsamości – co, trzeba przyznać, wydaje się przesłaniem ponadczasowym i niezwykle aktualnym.

Osobną kwestię stanowi kreacja bohaterów. Paradoksalnie, ani Miecława, ani Kazimierza Karola nie można umieścić wśród najważniejszych postaci książki, na dobrą sprawę pojawiają się bowiem zaledwie w kilku rozdziałach. Za najciekawszą uznać trzeba Żywię, kapłankę bogini Mokoszy, którą pierwej poznajemy jako Dziewannę, nastoletnią dziewczynę na własnej skórze doświadczającą okrucieństwa ze strony Piastów, a która później weźmie udział w wyprawie, mającej na celu zatrzymanie ekspansji nowej wiary. Towarzyszą jej wojowniczy Mścigniew, wybitny łucznik wywodzący się z plemienia Jadźwingów – Andaj, oraz Widun, kapłan Welesa. O ile kreacje tychże postaci pozostawiają niewiele do życzenia, to znacznie słabiej prezentują się bohaterowie stojący po przeciwnej stronie konfliktu. Większość jest jednowymiarowa i jednoznacznie negatywna. Zupełnie tak, jak w szablonowej powieści fantasy, w której wiemy, że jeśli dany bohater przynależy do rasy tak zwanych zielonoskórych, to zwyczajnie nie można spodziewać się po nim niczego pozytywnego. Na takim potraktowaniu bohaterów najnowsza powieść Jabłońskiego wiele traci.

Do atutów książki z pewnością można natomiast zaliczyć wiarygodne osadzenie fabuły w historycznym kontekście. Wystarczy przeczytać zaledwie kilka rozdziałów, by przekonać się, jak staranną pracę wykonał autor w tym zakresie. Czytelnik niejednokrotnie towarzyszy bohaterom w odprawianiu dawnych, słowiańskich obrzędów, jak Dziady czy Noc Kupały, w przekonujący sposób odwzorowując też mentalność naszych prapraprzodków. Ponadto, przedstawia niezwykle interesującą interpretację wydarzeń następujących po śmierci Bolesława Chrobrego i podczas buntu Miecława. Nie mniej ciekawie nakreślono także szereg intryg wymierzonych przeciwko Kazimierzowi Karolowi. Niemało w tym wszystkim odautorskiej wizji, Jabłoński zresztą informuje w posłowiu, że „Słowa i miecza” nie należy traktować jak powieści historycznej. Tym niemniej, za staranne odwzorowanie ówczesnych realiów, ukoronowane obszerną, składającą się z kilkudziesięciu akademickich publikacji bibliografią, należą się autorowi wyrazy uznania.

Zapewne nikogo nie zdziwi też fakt, że „Słowo i miecz” prezentuje się bardzo dobrze od strony czysto warsztatowej. Obrazowe porównania, barwne metafory i niezwykle plastyczne opisy to tylko niektóre z wizytówek Witolda Jabłońskiego, których miłośnicy jego twórczości uświadczą także w najnowszej książce pisarza. Choćby tylko dla nich warto zapoznać się ze „Słowem i mieczem”. Bo chociaż na tle dotychczasowej twórczości pisarza, zwłaszcza zaś rewelacyjnej „Fryne Hetery” jego najnowsza książka wypada nieco rozczarowująco, to i tak pozostaje to kawał przyjemnej, rodzimej fantastyki, godnej polecenia sympatykom historii najwcześniejszych dziejów naszego kraju.

Kategorie
Blog

10 ciekawostek o polskich królach i ich otoczeniu, o których nie mieliście pojęcia!

Bardzo często mamy wrażenie, że jesteśmy świadkami procesów i wydarzeń o pionierskim i precedensowym charakterze. Jednak jak dowodzi wnikliwsza analiza przeszłości, to co dla naszego pokolenia ma pozorny smak nowości, znane już było dawno temu. Podobnie niektóre spostrzeżenia kronikarzy opisujących władców Polski, a także wydarzenia z królewskich dworów przeniesione na stronice kronik z łatwością można by porównać do dzisiejszych czasów.

Jakie przywary charakteryzowały polskich królów? Czy współcześni politycy mają z nimi coś wspólnego? Poniżej znajduje się pierwsza część zaskakujących i zabawnych spostrzeżeń dotyczących polskich władców. Czy odkryjecie w opisach m.in. Galla Anonima, Jana Długosza, Wincentego Kadłubka znane nam współczesne postaci sceny politycznej? Myślę, że zabawa może być przednia. Zapraszam do lektury.

1. Bolesław Chrobry

„Wielki i ciężki, że ledwie na koniu mógł usiedzieć, ale bystrego umysłu” (tzw. Powieść doroczna)

boleslaw-chrobry-pbk

2. Mieszko II (syn Bolesława Chrobrego)

„Okazał się Mieszko człowiekiem gnuśnego charakteru, tępego umysłu, niezgrabny, w radach nierozsądny, w działaniu słaby, mało zdatny do spraw większej wagi”
(J. Długosz, Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego)
mieszko-ii

3. Rycheza (żona Mieszka II)

Jan Matejko sportretował niewiele kobiet. Jednak wśród nielicznych znalazła się Rycheza, żona Mieszka II. To wyróżnienie wydaje się być w pełni uzasadnione, bowiem żaden wcześniejszy władca nie miał żony z tak wysokiego rodu. Była córką palatyna reńskiego Herenfrieda Ezzona oraz Matyldy, siostry cesarza Ottona III. Mieszko II dzięki ożenkowi z Rychezą został wprowadzony w świat wielkiej polityki. Świadczyło to niewątpliwie o wzroście znaczenia Polski w tym okresie.

rycheza

4. Kazimierz Odnowiciel

„Na obrazku już nasz władca fachowo składa dłonie do modlitwy i surowo patrzy w oczy obecnych, jak gdyby chciał sprawdzić, czy zachowują się należycie w takiej oto chwili’
(S. Kobyliński, Tajemnice pocztu Matejki, Warszawa 1984)
kazimierz-odnowiciel

5. Władysław Herman

„Sławny z dzielności rycerskiej nie mniej niż z pobożnośći”
(Mistrza Wincentego Kronika Polska, tłum. K. Abgarowicz, B. Kurbis. Warszawa 1974)

wladyslaw-herman

„Był człowiekiem ociężałym i chorym na nogi”
(Gall Anonim, Kronika polska, ks. I. Wrocław 1982)

6. Sieciech – był to polityk, którego pozycja w państwie była niejednokrotnie większa niż samego króla Hermana. Gall Anonim nie darzył sympatią palatyna, co spowodowało, że jego postać jawi się jako jedna z najbardziej antypatycznych w dziejach polskiego średniowiecza. Gall pisał, że był „zaślepiony chciwością, przez którą popełniał wiele czynów okrutnych i nie do zniesienia”. Najprawdopodobniej był inicjatorem buntu przeciwko Bolesławowi Śmiałemu (bratu Władysława Hermana). Ponadto był podejrzany o romans z Judytą Marią, trzecią żoną Władysława Hermana. Wygnany z kraju ok. 1100 roku.

Denary Sieciecha
Denary Sieciecha

7. Bolesław Krzywousty

„Książe miał krzywe i nieproste usta lub też wargi niezbyt właściwe” (Kronika o Piotrze Właście)
boleslaw-krzywousty
8. Ryksa
Życiorysy księżniczek piastowskich były dość schematyczne. Czekała je przyszłość w klasztorach lub wstąpienie w związek małżeński. Oczywiście współmałżonka i datę zaślubin wybierali jej bracia lub ojciec. Taki los spotkał też Ryksę, córkę Władysława Wygnańca. Jednakże dzięki matce była ona skoligacona z cesarzem Niemiec. To wystarczyło by owdowiały w 1149 roku król Kastylii, Alfons VII postarał się o jej rękę. Mimo,że róźnica wieku między nimi wynosiła 20 lat, do ślubu doszło w 1152 roku. Po śmierci Alfonsa Ryksa wiązała się jeszcze dwukrotnie. Najpierw z hrabią Prowansji, a później po jego śmierci z hrabią Tuluzy.

Tata Ryksy czyli Władysław II Wygnaniec
Tata Ryksy czyli Władysław II Wygnaniec

9. Bolesław Kędzierzawy (wuja Ryksy)
„Wszyscy kronikarze z mistrzem Wincentym na czele przedstawiają tego księcia jako władcę niezbyt energicznego, nieudolnego, a często nawet bezwolnego”
(B. Snoch, Synowie Krzywoustego, Warszawa 1987)

„Syn [Bolesława Krzywoustego] nazwany później od swych kręconych włosów Kędzierzawym”
(T. Wasilewski, Bolesław IV Kędzierzawy. (w) Poczet królów i książąt polskich. Red. A. Garlicki, Warszawa 1984)
boleslaw-kedzierzawy

10. Na koniec Mieszko III Stary
„Był to istotnie człowiek utalentowany i energiczny, który z żelazną wolą zwalczał wszelką opozycję i potrafił sprawować władzę w sposób absolutny. (…) Cechą znamienną jego polityki było dążenie do wielkiego pomnożenia zasobności książęcego skarbu, jako narzędzia jego władzy i potęgi. W tym celu nie tylko ściągał wielkie podatki, ale dokonywał operacji bicia monety (brakteatów) o obniżonej zawartości srebra, co było w istocie fałszowaniem pieniądza i oznaczało narażanie poddanych, także i polskiego Kościoła, na wielkie straty”
(J. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu. Londyn 1986)
mieszko-iii-stary

Wszystkie informacje pochodzą z książki Mariusza Trąby i Lecha Bielskiego „Królowie i książęta polscy”

Kategorie
Blog

Książe Karol zaskoczony, że kieliszek z destylarni ginu w Tarbet jest z Polski!

Zwykła wizyta następcy tronu w destylarni The Isle of Harris Distillery odbyłaby się pewnie bez większego echa, gdyby nie fakt, ze gdy Karolowi podano kieliszek z ginem, ten zainteresował się pochodzeniem kieliszka.

Gdy Książę dowiedział się, że kieliszek wart 10 funtów sprowadzany jest z Polski, nie krył zdziwienia i zasugerował, że zarówno produkcja butelek jak i kieliszków mogłaby mieć miejsce na terenie Wielkiej Brytanii. Gdy to okazało się niemożliwe, nie krył rozczarowania.

Więcej informacji zdradził Piotr Kwaśniewski, manager sklepu przynależącego do destylarnii: “Namawialiśmy ich do tego, ale okazało się, że po prostu nie mogą produkować kieliszków tak wysokiej jakości”. (…) „bardzo długo próbowaliśmy znaleźć w Zjednoczonym Królestwie wytwórcę, ale nikt nie był w stanie produkować butelek i kieliszków. Kieliszki z Polski są wytwarzane ręcznie i są bardzo wysokiej jakości” – dodał.

Książę Karol: Dlaczego ten kieliszek pochodzi z Polski?https://t.co/pFes8ZbBte #PolskiSlad #Patriotyzm #Gospodarka #PrinceCharles pic.twitter.com/nOWPwlFTvm

— Polski Ślad (@PolskiSlad) October 27, 2016

Książe Charls z polskim kieliszkiem więcej zrobi dla naszej marki niż tysiąc pokazów w power point.https://t.co/8IIKvESVAC

— WEI (@FundacjaWEI) October 26, 2016

Brawa dla polskich kieliszków! 🙂

Kategorie
Blog

„Burza w porcie” Meli Muter trafiła do Narodowego Muzeum Morskiego

Narodowe Muzeum Morskie wzbogaciło się o kolejny, wyjątkowy obraz. Do bogatej kolekcji polskiego malarstwa marynistycznego dołączyła „Burza w porcie” autorstwa Meli Muter. Zakup obrazu był możliwy dzięki dofinansowaniu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Jak wskazuje Liliana Giełdon, kierownik Działu Sztuki Marynistycznej Narodowego Muzeum Morskiego, „Burza w porcie” to bardzo cenny nabytek. Mela Muter uchodzi za wyjątkową artystkę, która obok Olgi Boznańskiej zaliczana jest do najwybitniejszych przedstawicielek sztuki polskiej we Francji. Do tej pory Narodowe Muzeum Morskie nie miało w swoich zbiorach jej prac, a przecież jest to artystka, która chętnie i często podejmowała w swojej twórczości tematy morskie.

„Burza w porcie” została namalowana w latach 20-tych ubiegłego stulecie i przedstawia widok na niewielkie port podczas nadciągającej burzy. Uwagę zwraca realizm, z jakim przedstawiono kadłuby i ożaglowanie łodzi. Port przedstawiony na obrazie najpewniej mieści się na południu Francji – wskazuje na to napis na odwrocie dzieła, zdradzający, że chodzi o miejscowość Grau du Roi, leżącą pomiędzy Marsylią a Montpellier.

– Mela Muter wytworzyła indywidualny styl, dla którego znamienna jest farba o konsystencji gęstej pasty, nakładana drobnymi, ale zdecydowanymi pociągnięciami pędzla oraz charakterystyczny zgaszony koloryt – opisuje twórczość malarki Liliana Giełdon. – Niewielkie plamy koloru nakładane precyzyjnie i swobodnie tworzą migotliwą, żywą tkankę malarską, co w połączeniu z wyrazistą fakturą daje niezwykle ekspresyjny i dekoracyjny efekt.

Kim była Mela Muter?

Na świat przyszła w Warszawie w 1876 roku w zamożnej, zasymilowanej żydowskiej rodzinie. Zawsze jednak uważała się za Polkę. Ojciec, Fabian Klingsland był kupcem i filantropem, a brat Zygmunt radcą ambasady polskiej w Paryżu oraz krytykiem literackim.

Mela Muter pierwsze malarskie szlify zdobywała w Szkole Rysunku i Malarstwa dla Kobiet Miłosza Kotarbińskiego w Warszawie, a następnie w Academie Colarossi i Academie de la Grande Chaumiere. Nie uzyskała jednak formalnego dyplomu, toteż przez cały okres artystycznej twórczości uważała się za samouka. W 1899 roku wyszła za pisarza Michała Mutermilcha. Pozostawała w kręgach artystycznej elity Paryża – znała Augusta Rodina, Romain Rolanda czy Diego Riverę, a także twórców polskich – między innymi Stefana Żeromskiego, Jana Kasprowicza, czy Władysława Reymonta. Debiut Meli Muter miał miejsce w 1902 roku na dorocznie organizowanym Salonie paryskim, w którym od tamtej pory uczestniczyła regularnie. Jej dzieła wystawiano w Nowym Jorku, Kolonii i Barcelonie, a także we Lwowie, w Krakowie i Warszawie. Była aktywną działaczką Koła Polskiego Artystyczno-Literackiego, oraz Towarzystwa Artystów Polskich. Kiedy w 1922 roku zmarł jej ojciec, przyjechała do Warszawy. Krótko potem rozwiodła się z mężem i przeżyła śmierć jedynego syna w 1924 roku. Przeżywała liczne osobiste dramaty, jednak odnosiła znaczące sukcesy na polu artystycznym. II Wojnę Światową przeżyła w Awinionie. Po wojnie wróciła do Paryża, gdzie zmarła w 1967 roku.

Twórczość Meli Muter ewoluowała pod względem formalnym. Początkowo dało się w niej zauważyć symbolizm, artystka jednak uległa fascynacji dokonaniami szkoły Pont-Aven. Inspirowała się fowizmem i ekspresjonizmem, w pewnym stopniu także kubizmem. Pozostawiła po sobie ponad tysiąc prac, a wśród nich obrazy olejne na podobraziu z płótna, sklejki i tektury, akwarele, rysunki i szkice węglem oraz ołówkiem. Nierzadko trafiały się obrazy dwustronne. Artystka niemal nie rozstawała się ze szkicownikiem. Tworzyła w metrze, kawiarniach, na bulwarach. Szczególnie upodobała sobie tematykę rodzajową i pejzaże. Wśród tych ostatnich zwracają uwagę liczne widoki niewielkich portów położonych na południu Francji, które malarka odwiedzała regularnie w latach dwudziestych.Malowała także wybrzeża Bretanii i Katalonii.

W Polsce przez wiele dziesięcioleci Mela Muter była artystką nieco zapomnianą, pozostając w cieniu wielu innych malarzy związanych z Ecole de Paris. W ostatnich latach ulega to zmianie – choć jej twórczość nadal nie jest dobrze poznana, to co pewien czas polskie muzea i kolekcjonerzy organizują wystawy i ekspozycje, upowszechniające dorobek Meli Muter. Nie inaczej jest w przypadku Narodowego Muzeum Morskiego, które od teraz w Galerii Morskiej eksponować będzie jedno z jej licznych dzieł nawiązujących do tematyki marynistycznej.

Kategorie
Blog

Wiwat Maj, Trzeci Maj! Wszystko kwitnie i Polska, jak co roku też budzi się do życia.

Konstytucja majowa z 1791 roku uważana jest za jedno z największych osiągnięć Polaków. Była dowodem, że Rzeczpospolita ma w sobie dosyć sił do przezwyciężenia kryzysu. Stworzyła podstawy nowoczesnej monarchii konstytucyjnej z parlamentem i sprawnym rządem. Jadąc 3 maja przez polskie wsie i miasta widzimy wywieszone biało-czerwone flagi, słyszymy śpiewy w kościołach.  Strażacy, policjanci, wojskowi i miejscowe władze składają uroczysty hołd w pobliskich miejscach pamięci narodowej. Wszystko kwitnie i Polska też budzi się do życia, jak co roku. Wiwat więc Maj, Trzeci Maj!

Przez wieki Trzeci Maja był symbolem patriotyzmu, kreatywności, odwagi  i przede wszystkim bezprecedensowego dzieła reform ustrojowych. Jednak nie wszystko wyglądało tak kolorowo. Jak doskonale wiemy, do przeprowadzenia reform potrzeba nie tylko projektu zmian,  ale także odpowiednio silnego wsparcia różnych opcji politycznych. Twórcy konstytucji mieli więc nie lada orzech do zgryzienia. Po burzliwej debacie Sejm Czteroletni przyjął przez aklamacje ustawę, drugą na świecie i pierwszą taką w Europie,  nazwaną Konstytucją Trzeciego Maja. Nowatorski ład miał wielu wrogów. Nie tylko w kraju, ale także za granicą. Silne i oświecone państwo polskie nie było też na rękę Rosji i Prusom.  Reakcja państw ościennych pokazała, że słusznie sądziliśmy, iż państwo  Konstytucji Trzeciego Maja zacznie się wzmacniać.

Rozbiór z 1772 roku przebudził wielu, którzy myśleli, że  demokracja szlachecka jest najlepszym ustrojem i nic lepszego już wymyślić nie jesteśmy w stanie. To wtedy zaczęło dojrzewać pokolenie młodych ludzi, myślących inaczej i wychowanych w szkołach działających pod protektoratem Komisji Edukacji Narodowej. Gazety i literatura głosiły potrzebę reform ustrojowych, a nowy patriotyzm miał obejmować nie tylko szlachtę, lecz ogół obywateli od miasteczek i wsi po wielkie ośrodki miejskie. Młodzi szli z duchem czasu.

Prace nad konstytucją ruszyły dopiero pod koniec 1790 roku. Autorami ustawy zasadniczej mieli być król Stanisław August Poniatowski, Stanisław Małachowski, Ignacy Potocki, Hugo Kołłątaj, Stanisław Staszic, a także sekretarz Piattoli. Ze względu na obawy przed różnymi niesprzyjającymi siłami prace odbywały
się w tajemnicy. Termin pierwszej sesji Sejmu po wielkanocnej przerwie ustalono na 5 maja, mając nadzieję, że ci, którzy mogliby być przeciwko nie zdążą dojechać. Plan, jakże przebiegły, niestety wyciekł, więc pospiesznie zorganizowano obrady w Warszawie już na 3 maja. Dzień wcześniej treść Konstytucji podano do publicznej wiadomości.  Pod projektem podpisało się 84 z 500 uprawnionych do głosowania.  Czy Konstytucję uchwalono zatem w sposób legalny?  Z prawnego punktu widzenia – nie.  Jednak wokół Zamku Królewskiego zgromadził się tłum, który żądał wprowadzenia w życie jej postanowień. Rozpoczęła się debata,która zakończyła się uroczystą przysięgą Króla. Wśród entuzjazmu zgromadzonych ludzi i bez żadnego głosowania dokonano więc tej czynności konwencjonalnej i Konstytucja zaczęła obowiązywać.  Otwierały ją  znamienne słowa: „Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia Konstytucji Narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy Rządu naszego wady […], wolni od hańbiącej obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie […] niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną Narodu, którego los w nasze ręce jest powierzonym […], niniejsza konstytucję uchwalamy” . Umiłowanie wolności i refleksja nad dotychczasowymi, fatalnymi w skutkach decyzjami, stały się podstawą ideologiczną odradzającej się Rzeczpospolitej.  Mimo pewnego wpływu ustroju angielskiego i amerykańskiego, francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, a także – rzecz jasna – filozofii oświecenia, Konstytucja stanowiła dzieło polskiej myśli politycznej, znajdowała uzasadnienie w ocenach aksjologicznych prawodawcy, odpowiadała potrzebom chwili i była wyrazem woli ludu.

Niestety, tuż po ogłoszeniu Konstytucji opozycja magnacka rozpoczęła układy z Petersburgiem. Caryca Katarzyna, dotychczas kochanka króla Polski, powołując się na prawa kardynalne, domagała się obalenia ustawy rządowej.  Wiosną 1792 roku wydarzyło się coś, co przeszło do historii Polski jako symbol zdrady. Zawiązano konfederację, którą ogłoszono w Targowicy, a  jej przywódcy – Szczęsny Potocki oraz hetmani Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski, zwrócili się o pomoc właśnie do imperatorowej rosyjskiej.  

Blisko stutysięczna armia rosyjska wkroczyła na Ukrainę i Litwę, gdzie napotkała się z oporem wojsk polskich. Armia Rzeczpospolitej dowodzona  przez Stanisława Augusta z dnia na dzień była coraz słabsza. W lipcu Straż Praw opowiedziała się za przystąpieniem do Targowicy. Spośród najbliższych współpracowników króla, siedmiu opowiedziało się za, przeciwko zaś było pięć osób. Władca sądził, że w ten sposób zdoła zapobiec nowemu rozbiorowi i nie utraci wpływu na bieg wydarzeń. Przerwano walki, a patrioci zrzekli się swych stanowisk w Rządzie i udali na emigrację. Władzę przejęli targowiczanie, opierając się na sile wojsk rosyjskich.

Konstytucja Trzeciego Maja była drugą na świecie i pierwszą w Europie ustawą organizującą władzę państwową, prawa i obowiązki obywateli. Była dowodem, że Rzeczpospolita ma dość sił, by wyjść z kryzysu. Dzień uchwalenia Konstytucji niemalże od razu stał się świętem narodowym. Przeniesiono nawet dzień patrona Polski,  św. Stanisława, z 8 na 3 maja, tak aby zbiegło się to z imieninami króla i marszałka Małachowskiego. Przez lata różnie podchodzono do konstytucji. Kontrowersje z nią związane nie dawały spokojnego snu zarówno demokratom jak i konserwatystom. Pozostała jednak symbolem zrywu, nowoczesności i wiary w to, że Rzeczpospolitą stać na największe dzieła na trudnych i wyboistych drogach historii świata.

Kategorie
Blog

Zielona Góra kusi zwolnieniami podatkowymi

Władze Zielonej Góry zdecydowały się na odważny krok względem przedsiębiorców. Firmy, które zdecydują się zainwestować w budowę zakładów na terenie Lubuskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego Zielona Góra – Nowy Kisielin będą mogli liczyć na dziesięcioletnie zwolnienie z podatku od nieruchomości.

Uchwała w tej sprawie została podjęta przez Radę Miasta jednogłośnie. Zakłada ona, że nowe firmy, które zdecydują się na budowę fabryk w obrębie LPPT będą mogły przez przez pierwsze lata działalności korzystać ze zwolnienia z podatku od nieruchomości. To, na jak długi okres przysługiwać będzie owo zwolnienie, uzależnione będzie od ilości zatrudnianych na terenie inwestycji pracowników. Firmy zatrudniające co najmniej 30 osób będą zwolnione z podatku od nieruchomości na okres 3 lat. Zatrudnienie co najmniej 50 osób pozwoli nie płacić podatku od nieruchomości przez 5 lat, natomiast największe firmy, które stworzą 200 miejsc pracy na terenie inwestycji, będą mogły korzystać ze zwolnienia przez okres 10 lat. Ulgi dotyczyć będą wszystkich inwestorów, niezależnie od kraju pochodzenia.

Według szacunków, na wprowadzonym rozwiązaniu skorzystają obie strony – zarówno budżet miasta, jak i sami przedsiębiorcy. Dla właścicieli firm takie zwolnienie oznacza bardzo poważne finansowe korzyści. Dla przykładu, inwestor, który zakupi działkę o powierzchni około 50 000 metrów kwadratowych i wybuduje na niej halę o powierzchni około 15 000 metrów kwadratowych, zaoszczędzi w skali roku około 35 000 złotych na samym gruncie, a kolejnych 280 000 złotych to oszczędności, które można poczynić z tytułu podatku od nieruchomości w odniesieniu do zabudowań fabrycznych.

Wprowadzenie zwolnień z podatku od nieruchomości zmniejszy wpływy do budżetu miasta z tego tytułu o około 300 000 złotych rocznie. Jednak z uwagi na fakt, że firmy z niego korzystające musiałyby zatrudniać określoną liczbę pracowników, wpływy do budżetu z podatku PIT od nowo utworzonych miejsc pracy wyniosłyby około 650 000 złotych w skali roku. Bilans jest więc dla miasta korzystny.

Lubuski Park Przemysłowo-Technologiczny jest wspólną inwestycją Miasta Zielona Góra, Województwa Lubuskiego, Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Mieści się na obszarze blisko 168 hektarów, z czego 123 hektary zajmuje Park Przemysłowy, w całości objęty statusem specjalnej strefy ekonomicznej. Dzięki temu firmy inwestujące w strefie mogą korzystać ze zwolnienia z podatku CIT nawet do wysokości 55% poniesionych nakładów inwestycyjnych. Pozostałą część powierzchni LPPT zajmuje Park Naukowo-Technologiczny Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Zadaniem Lubuskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego jest wspieranie rozwoju gospodarczego miasta i regionu, poprzez tworzenie nowych miejsc pracy, przyciąganie inwestorów i współpracę z największą miejscową uczelnią. Pierwszą firmą, która wybudowała zakład na terenie parku, była spółka Darstal, posiadająca 100% polskiego kapitału firma zajmująca się obróbką odlewów z żeliwa i stali. Obecnie w Lubuskim Parku Przemysłowo-Technologicznym działają już 3 firmy, a 4 kolejne budują swoje fabryki. Docelowo pracę znajdzie w nich 500 osób.

Kategorie
Blog

Producent „Grześków” i „Goplany” przejął znaną brytyjską firmę!

Colian Holding, producent takich słodyczy jak czekolada „Goplana” czy wafelki „Grześki”, zakupił 100% udziałów w brytyjskiej spółce Elizabeth Shaw Limited. Cena transakcyjna wyniosła 2,25 miliona funtów. O planach rozwoju poprzez akwizycję zagranicznych przedsiębiorstw władze polskiej spółki mówiły już w zeszłym roku – teraz przeszły do realizacji tej strategii.

Colian kupił brytyjskiego producenta słodyczy z rąk norweskiego funduszu Imagine Capital. Jak podaje spółka w komunikacie, kwota 1,75 miliona funtów została zapłacona sprzedającemu od razu, w dniu dokonania transakcji, natomiast pozostała część pieniędzy została zablokowana na rachunku „escrow” na okres 18 miesięcy jako zabezpieczenie ewentualnych roszczeń.

Poprzez zakup spółki Elizabeth Shaw Limited, polska firma stała się jednocześnie właścicielem jej spółki zależnej – Famous Names Limited. Obie te marki są bardzo dobrze rozpoznawalne na brytyjskim rynku.

Spółka podała ponadto: „Przeprowadzenie powyższej transakcji jest zgodne ze strategią rozwoju Grupy Colian, której jednym z głównych celów jest rozwój na rynkach zagranicznych w tym poprzez akwizycje, komunikowaną przez Zarząd Colian Holding w ubiegłym roku. Colian Holding nabywając udziały w spółce Elizabeth Shaw Limited potwierdza zatem, że zainteresowany jest spółkami posiadającymi silne brandy, które można dynamicznie rozwijać w ramach dotychczasowych dywizji w których operuje Grupa, przy wsparciu organizacyjnym spółki”.

Kategorie
Blog

Samobieżne moździerze „Rak” dla polskiej armii. Kontrakt już podpisany

Wojsko Polskie pozyska w najbliższych latach kilkadziesiąt nowoczesnych moździerzy samobieżnych „Rak” produkowanych przez Hutę Stalowa Wola. Umowa podpisana przez MON opiewa na ponad 968 milionów złotych. Niemal cała ta kwota zasili polski sektor zbrojeniowy, ponieważ „Rak” to produkt oparty w całości na krajowych technologiach.

Umowa podpisana pomiędzy Inspektoratem Uzbrojenia, reprezentowanym przez gen. bryg. Adama Dudę, a konsorcjum Huty Stalowa Wola SA (lider) i Rosomak S.A., zakłada dostawę 64 moździerzy samobieżnych i 32 wozów dowodzenia. Stworzą one osiem modułów dywizjonowych, które trafią do trzech batalionów zmechanizowanych, stacjonujących w Międzyrzeczu, Szczecinie i Rzeszowie. Huta Stalowa Wola dwa pierwsze moduły musi dostarczyć do czerwca 2017 roku, trzy kolejne w roku 2018 i pozostałe trzy w roku 2019.

Dzięki temu na wyposażenie naszej armii trafi zupełnie nowy rodzaj uzbrojenia, którym dotąd nigdy ona nie dysponowała. Prace nad nim trwały od 2006 roku, jednak efekt, jaki uzyskano, jest imponujący. Nie jest wykluczone, że „Rak” będzie w przyszłości produktem eksportowym polskiego przemysłu zbrojeniowego, gdyż w chwili obecnej jest to sprzęt niemal bezkonkurencyjny w skali globu. Dość wspomnieć, że na testach poligonowych zaimponował on dowódcom sił zbrojnych z Niemiec, Francji, Włoch, Liwy i Finlandii.

Kluczowa część pojazdu, czyli moździerz kalibru 120mm, znajduje się w zamkniętej, autonomicznej wieży. Sterowanie i celowanie jest w pełni zautomatyzowane i odbywa się za pomocą systemów elektronicznych. Zasięg moździerza wynosi 12 kilometrów, a szybkostrzelność – 10 wystrzałów na minutę. Pojazd przewozi 60 pocisków, zczego 40 znajduje się w kadłubie, a pozostałych 20 ładowanej automatycznie wieży ogniowej. Co istotne, możliwe jest wykorzystanie zarówno amunicji klasycznej, jak i kasetowej. Podczas testów poligonowych z użyciem amunicji starej generacji, skuteczny zasięg wynosił 7 kilometrów, jednak przy użyciu opracowywanej specjalnie dla tego działa przez Zakłady Metalowe DEZAMET Nowa Dęba był w stanie efektywnie razić cele z odległości ponad 10 kilometrów. Warto przypomnieć, że trwają także prace nad amunicją precyzyjną dla „Raka” – ma ona mieć zasięg do 8 kilometrów i w końcowej fazie trajektorii ma być naprowadzana na cel przy wykorzystaniu znacznika laserowego.

„Rak” został zaprojektowany tak, by mógł działać w sposób półautomatyczny. Komputery zainstalowane na pokładzie umożliwiają sterowanie pojazdem w sposób zdalny, bez konieczności bezpośredniej obsługi przez operatorów. Ponadto, „Rak” posiada wyrzutnię granatów dymnych, oraz aparatury do wykrywania skażeń i odkażania. Posiada także zaawansowane systemy defensywne. Zainstalowano w nim mechanizm umożliwiający wykrywanie wiązek lasera, a ponadto, pojazd ma możliwość zmiany swojej pozycji już 15 sekund po oddaniu strzału. Pozwala to zminimalizować ryzyko narażenia się na kontratak przeciwnika.

Kierownictwo Huty Stalowa Wola póki co odmawia szczegółowych komentarzy dotyczących kontraktów eksportowych, koncentrując się na realizacji zamówienia dla Sił Zbrojnych Rzeczyspospolitej Polskiej. Wiadomo jednak, że do polskiego przedsiębiorstwa zapytania ofertowe skierowało co najmniej trzech potencjalnych klientów spoza kraju. Czy zatem samobieżny moździerz „Rak” stanie się hitem eksportowym polskiej zbrojeniówki? Na razie za wcześnie, by o tym przesądzać, jednak na pewno nie można wykluczyć takiego scenariusza.

Kategorie
Blog

Najsilniejszy rezonans w Europie Środkowo-Wschodniej trafił do centrum naukowego w Lublinie

W lubelskim centrum naukowym Ecotech-Complex zainstalowano najnowocześniejszy w Europie Środkowo-Wschodniej rezonans magnetyczny. Aparat o mocy 7 Tesli jest już przygotowywany do uruchomienia. Polskim naukowcom posłuży głównie do badań nad chorobami mózgu.

Eco-Tech Complex to jedna z najważniejszych lubelskich inwestycji naukowych zrealizowana w ostatnich latach. Liderem konsorcjum naukowego jest Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, ale z nowoczesnych laboratoriów znajdujących się na terenie kompleksu korzystać będą również uczeni z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, Instytutu Agrofizyki Polskiej Akademii Nauk oraz Uniwersytet Rzeszowski i Politechnika Rzeszowska.

Nowoczesny rezonans magnetyczny ma stanowić serce Eco-Tech Complex. Jego głównym elementem jest ważący 40 ton magnes o wysokości czterech i długości trzech metrów. Moc rezonansu wynosić będzie 7 tesli, dzięki czemu będzie mógł on pokazywać obraz w kilkakrotnie większej rozdzielczości, niż standardowe urządzenia tego typu. Możliwe będzie także badanie jednocześnie wszystkich części ciała, gdyż wymiary aparatu pozwalają na umieszczenie w nim dorosłego człowieka.

Nowy rezonans pozwoli na przeprowadzanie w Ecotech-Complex w unikalnych badań, szczególnie w dziedzinie neurologii i neurochirurgii. Dzięki niemu będzie można skuteczniej badań choroby mózgu oraz zaburzenia spowodowane chorobami nowotworowymi, zawałami, a także chorobami Alzheimera i Parkinsosa oraz autyzmem i epilepsją.

Koszt rezonansu wyniósł ponad 30 milionów złotych, natomiast budowa całego Eco-Tech Complex pochłonęła ponad czterokrotnie więcej. Wiele wskazuje jednak na to, że mimo znaczących kosztów początkowych, inwestycja szybko się zwróci, nie tylko w wymiarze finansowym. Rezonans będzie bowiem stanowił furtkę do występowania po unijne środki na badania naukowe, zarówno w obrębie krajowego środowiska naukowego, jak i przy okazji międzynarodowych projektów. Już teraz wiadomo, że oprócz naukowców z Polski, w badaniach przy użyciu rezonansu wezmą udział w najbliższym czasie także uczeni z Niemiec i Kanady.

Kategorie
Blog

W Łodzi powstają nowoczesne kamizelki kuloodporne szyte na miarę

Konsorcjum, na którego czele stoi łódzki Instytut Technologii Bezpieczeństwa Moratex, opracowało nowoczesne, wielofunkcyjne kamizelki kulo- i nożoodporne. Obecnie są one testowane przez policjantów w Szczytnie, wkrótce mogą jednak trafić także na wyposażenie BOR i wojska.

Wyjątkowe właściwości polskie kamizelki zawdzięczają dokładnemu dopasowaniu do użytkownika, które jest możliwe dzięki skanowaniu trójwymiarowemu jego sylwetki. Produkt Moratexu jest lekki, trudnopalny, zapewnia większy niż w przypadku typowych kamizelek kuloodpornych komfort użytkowania, a co najwazniejsze – zabezpiecza zarówno przed pociskami broni klasy TT, jak i bronią białą – nożami, szpikulcami i igłami. Obecnie produkowane masowo kamizelki występują na ogół zaledwie w kilku standardowych rozmiarach, przez co często występują trudności w ich dopasowaniu do budowy konkretnego funkcjonariusza.

Kamizelki balistyczne skrytego noszenia z zastosowaniem skanera 3D powstały w ramach projektu o akronimie „Secret”. Za jego realizację odpowiada konsorcjum naukowo-przemysłowe z Instytutem Technologii Bezpieczeństwa Moratex w roli lidera.

Jak wyjaśniła kierownik projektu, Grażyna Grabowska, jeszcze przed uszyciem kamizelki za pomocą skanera 3D przygotowywany jest awatar noszącej ją osoby. Dzięki temu kamizelkę można przymierzyć, nie szyjąc jej jeszcze fizycznie. To z kolei pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze – dopiero po dopasowaniu produktu do klienta, kamizelka idzie do produkcji.

W przypadku większej grupy klientów, tworzone są indywidualizacje dla zidentyfikowanej grupy. Polega to na skanowaniu różnych osób i tworzeniu grup osób bliskich sobie rozmiarowo. W efekcie powstają uśrednione kamizelki, pasujące na poszczególny grupy. Ma to znaczenie nie tylko dla wygody użytkowania, ale i bezpieczeństwa noszącego. Zdaniem specjalistów, ochrona balistyczna jest tym bardziej skuteczna, im bliżej znajduje się ciała.

Kamizelka będzie miała dwa rozłączne wkłady. Jeden z nich jest odporny na broń palną do poziomu tzw. „tetetki” (pistolet TT kalibru 7,62mm), a drugi, w połączeniu z pierwszym zapewnia najwyższą odporność na nóż, szpikulec i igły. Kamizelki używane obecnie przez funkcjonariuszy nie w pełni chronią ich przed atakami przy użyciu broni białej.

Kamizelka z podstawowym wkładem balistycznym waży 2,5 kilograma. Dodatkowy wkład sprawia, że wprawdzie jest ona nieco cięższa, ale dzięki temu odporna również na ataki przy użyciu broni białej. Zewnętrzna część poszycia jest trudnopalna, a wewnętrzna od strony ciała posiada dzianinę dystansową z naniesieniem outplastu, reagującego na temperaturę ciała noszącego.

Projekt „Indywidualizacja konstrukcji wielofunkcyjnych kamizelek balistycznych skrytego noszenia” finansowany jest przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach Programu Badań na Rzecz Bezpieczeństwa i Obronności Państwa. W skład konsorcjum wchodzą obok Moratexu także Centralny Instytut Ochrony Pracy – Państwowy Instytut Badawczy, Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia, Przedsiębiorstwo Sprzętu Ochronnego Maskpol i Wyższa Szkoła Policji w Szczytnie. Projekt ma się zakończyć we wrześniu 2016 r., a po merytorycznym i finansowym rozliczeniu przez NCBiR, będzie on w dyspozycji resortu obrony i gotowy do wdrożenia do produkcji.

Kategorie
Blog

Polskie porty skazane na sukces?

Polskie porty przeżywają dynamiczny rozwój. Coraz skuteczniej konkurują z portami niemieckimi i systematycznie umacniają swoją pozycję na Bałtyku. Zdaniem ekspertów Banku Zachodniego WBK, wzrost przeładunków w następnych latach może wynieść nawet około 4% rocznie. Sprzyjać ma temu szybko rosnąca wymiana handlowa.

Zarządcy polskich portów wskazują na ogromny potencjał drzemiący w wytwórcach produktów rolnych. Mogą oni większą część towarów dostarczać do rodzimych portów, chociażby do Świnoujścia, zamiast podążać do Niemiec. Jak podkreślił w rozmowie z Polskim Radiem Zbigniew Nowik, prezes OT Logistics – największego operatora portowego w naszym kraju – w Gdyni przeładowuje się już ponad 1,3 miliona ton produktów rolno-spożywczych, a realne jest osiągnięcie w najbliższym czasie wolumenu 2 milionów ton.

W planach firmy jest wybudowanie najnowocześniejszego na Bałtyku terminalu produktów rolnych, a także dynamiczny rozwój terminalu agro w Świnoujściu. W przypadku tego miasta duże znaczenie będzie miała żegluga śródlądowa. Warto odnotować, że polski rząd zapowiada duże inwestycje infrastrukturalne związane z usprawnieniem żeglowności na Odrze. Jeśli plany zostaną zrealizowane, to porty takie jak ten w Świnoujściu będą mogły z powodzeniem przyjmować towary płynące chociażby z Wielkopolski i Dolnego Śląska.

Chociaż transport towarów przy użyciu barek i kolei jest wyraźnie wolniejszy od drogowego, to zarazem jest też od niego dużo bezpieczniejszy i tańszy. Może to być silny argument dla producentów zbóż i towarów przemysłowych, gdyż koszty transportu stanowią dużą część ostatecznej ceny produktów tego typu.

Polska przeżywa obecnie boom inwestycyjny, jeśli chodzi o infrastrukturę portową i terminale przeładunkowe. Rozbudowywane są nadbrzeża, szlaki wodne są pogłębiane i przygotowywane do obsługi coraz większych statków. Porty dynamicznie rozwijają ponadto infrastrukturę magazynową. Eksperci wskazują, że rozwój polskich portów jest ściśle skorelowany z rozwojem infrastruktury drogowej i kolejowej w naszym kraju.

Polskie porty mogą z powodzeniem walczyć o palmę pierwszeństwa w w przeładunku towarów przeznaczonych na rynki środkowej i wschodniej Europy, rywalizując w tej materii z portami niemieckimi. Warunkiem ku temu jest jednak powstanie rozwiniętej sieci dróg oraz zmodernizowanie linii kolejowych. Wiele inwestycji zostało już poczynionych. Do 2023 roku Polskie Linie Kolejowe mają do rozdysponowania aż 67 miliardów złotych, do 2020 roku będzie już gotowa droga ekspresowa S3 do granicy z Czechami, brakujący odcinek A1 Łódź-Śląsk oraz droga ekspresowa S5 łącząca Wrocław i Poznań, a także S7 z Warszawy do Krakowa. W połączeniu z planowanymi inwestycjami związanymi z użeglownieniem Odry, oraz rozbudową infrastruktury portowej daje do realne podstawy do dalszego wzrostu znaczenia polskich portów.

Kategorie
Blog

A gdyby to Polska wygrała II Wojnę Światową? – recenzja powieści „Wallenrod” Marcina Wolskiego

Wielu z nas z pewnością zastanawiało się kiedyś, jak mogłyby potoczyć się dzieje Polski, gdyby wydarzenia poprzedzające wybuch II Wojny Światowej ułożyły się inaczej, niż w znanej nam historii. Co mogłoby się stać z Polską, gdyby zamiast stawiać opór niemieckiemu najeźdźcy, zawczasu zawarła z nim sojusz i wspólnie ruszyła na Sowietów? Na te, oraz szereg innych pytań, odpowiedź przedstawia Marcin Wolski na łamach powieści „Wallenrod”.

Wyobraźmy sobie, że Józef Piłsudski nie umiera w 1935 roku i jeszcze przez kilka lat stoi na czele pańśtwa polskiego. Polska i Niemcy, jako dwie czołowe militarne potęgi kontynentu europejskiego, dokonują błyskawicznej, zmasowanej inwazji na Związek Radziecki, kładąc trupem komunistyczne mocarstwo. Ambicje niemieckiego kanclerza wybiegają jednak znacznie dalej i bynajmniej nie zamierza na tym poprzestać. Snuje plany podboju Wielkiej Brytanii, gdzieś w sudeckich sztolniach trwają zaawansowane prace nad Wunderwaffe, która ma przynieść Niemcom dominację nad całym światem, a i kwestia żydowska pozostaje nierozwiązana. Piłsudski ma jednak świadomość, że sojusz z ogarniętym manią wielkości Hitlerem jest ryzykowny i oparty na niestabilnych fundamentach. Polski przywódca wysyła więc do Niemiec Halinę Silberstein, doskonale przeszkoloną agentkę, której zadaniem będzie przeniknięcie do najwyższych struktur władzy III Rzeszy i zapewnienie polskiemu wywiadowi dostępu do najtajniejszych informacji. W miarę, jak Halina je odkrywa, przekonuje się, że los całego dotychczasowego świata oraz przetrwanie Polski jako europejskiej potęgi leżą wyłącznie w jej rękach.

Każdy, kto zetknął się wcześniej z twórczością Marcina Wolskiego, ten wie, z jaką lekkością przychodzi temu autorowi konstruowanie alternatywnych, niekiedy fantastycznych wręcz scenariuszy historii. Nie inaczej jest i tym razem. Sięgając po „Wallenroda”, czytelnik z pewnością będzie zaskoczony, jak spójna, na pierwszy rzut oka, jest zaprezentowana przez Wolskiego historia. Autor bardzo sprawnie modyfikuje pewne wydarzenia i niuanse, które znamy z prawdziwych dziejów, na potrzeby własnej wizji. I tak, Schleswig-Holsztyn atakuje nie Gdańsk, a jeden z sowieckich portów. Katyń nie jest miejscem kaźni polskich oficerów dokonanej przez NKWD, ale niedoszłym miejscem zasadzki przygotowanej na polskie wojska przez najbliższego sojusznika. Dzieje okupowanego Londynu do złudzenia przypominają te, które w rzeczywistości stały się udziałem Warszawy. Inaczej też potoczą się losy morderczego wynalazku Oppenheimera. Wolskiemu z pewnością nie sposób odmówić erudycji. Autor roztacza przed odbiorcą spójny, starannie przemyślany scenariusz wydarzeń, finezyjnie odnosząc się do tych, które miały miejsce w rzeczywistości.

Czy dałoby się w tym wszystkim odnaleźć pewne nieścisłości czy elementy wręcz nieprawdopodobne? Wydaje się, że tak. Bo chociaż na pozór ciąg zdarzeń przedstawiony w „Wallenrodzie” miałby prawo dokonać się w rzeczywistości, to jednak zwraca uwagę kilka elementów, które rzucają się cieniem na wiarygodność całej historii. Pierwszy, to niezwykle szybkie i łatwe zwycięstwo Polski i Niemiec nad Związkiem Radzieckim. Fakt, wszystko dzieje się tą samą metodą, jak w przypadku kampanii polskiej w 1939 roku – atak opiera się na totalnym zaskoczeniu, jest realizacją Blitzkriegu, w dodatku pojawiają się wątki związane z restytucją caratu. Okazuje się ponadto, że dowództwo Związku Sowieckiego staje się ofiarą własnego systemu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Stalin u Wolskiego jest osobnikiem daleko mniej inteligentnym i przebiegłym, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Podobnie rzecz ma się z Adolfem Hitlerem. Autor wiarygodnie ukazał go jako chorobliwie ambitnego szaleńca o niezaspokojonej żądzy podboju, a jednak niekiedy Hitler sprawia wrażenie nader łatwowiernego wariata. Całkowitym jego przeciwieństwem jest Józef Piłsudski, któremu Wolski (nie pierwszy już raz zresztą w swojej twórczości) wystawia swojego rodzaju pomnik. „Dziadek” to niekwestionowany mąż stanu, człowiek niezwykle przenikliwy, którego spryt przeraża samego Fuhrera. Prawdziwy fundament bezpieczeństwa Polski.

Cała historia przyjęła postać pamiętnika głównej bohaterki, Heleny Silberstein, która w pierwszej osobie ukazuje czytelnikowi swoje wojenne losy. Trudno nie zapałać do niej sympatią. To silna, niezależna i niezwykle inteligentna kobieta, a jednocześnie żarliwa patriotka, gotowa wykorzystać swe nieprzeciętne talenty zgodnie z potrzebami Ojczyzny. Przy tym wszystkim jest wrażliwa, niezwykle kobieca, w dodatku targana wieloma problemami natury prywatnej. Z czasem okazuje się, że granica pomiędzy służbowymi obowiązkami, a własnym życiem, jest w przypadku jej fachu niezwykle płynna i skutkuje koniecznością stawania przed dylematami, w których nie ma jedynych słusznych rozwiązań.

Jak każdą książkę Marcina Wolskiego, także i tę czyta się błyskawicznie, nie zauważając ani upływu czasu, ani też tempa przewracanych stron. Historia Haliny Silberstein potrafi pochłonąć czytelnika bez końca, dostarczając zarówno rozrywki, jak i skłaniając do indywidualnych refleksji na temat dziejów naszego kraju. Warto przekonać się o tym samodzielnie.

Kategorie
Blog

Nowe seriale historyczne w TVP!

Świetne wieści dla wszystkich sympatyków kina historycznego. Telewizja Polska ma w planach wyprodukowanie trzech niezależnych seriali nawiązujących do polskich dziejów. Wśród nich produkcje poświęcone Żołnierzom Wyklętym, Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ oraz XVI-wiecznej Rzeczypospolitej.

Pierwszy z planowanych seriali ma traktować o Żołnierzach Wyklętych. Bohaterami będą członkowie fikcyjnego oddziału, który po wkroczeniu Sowietów na ziemie Polski staje w obronie kraju przed NKWD i przedziera się za Bug, gdzie następnie zostaje zdemobilizowany. Jednak wobec represji, jakim poddawani są żołnierze podziemia, muszą ponownie się zjednoczyć i stanąć do walki z UB. Serial wstępnie jest zaplanowany na trzy sezony i ma być emitowany na TVP 1. Początek emisji planowany jest na jesień 2017 roku.

Drugi z seriali ma być emitowany na antenie TVP 2. Będzie to adaptacja powieści „Legion” Elżbiety Cherezińskiej. Bestsellerowa powieść przedstawia losy Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych, która toczy zacięte walki z Niemcami i Sowietami, a następnie przedostaje się na Zachód, gdzie dołącza do armii generała Pattona. Data premiery nie jest jeszcze znana – w kuluarach mówi się jednak o wiośnie 2017 roku.

Trzeci serial przeniesie widza kilka wieków wcześniej, do XVI stulecia, zwanego często Złotym Wiekiem w historii Polski. Będzie to historyczno-kostiumowa telenowela, w której obok kontekstu politycznego istotne będą również dworskie romanse i intrygi.

Kategorie
Blog

Pierwszy w Polsce ranking reputacji miast

„Dziennik Gazeta Prawna” przygotował pierwszy w Polsce ranking reputacji miast. Wyłonił on te polskie miasta, które cieszą się najlepszą opinią wśród mieszkańców naszego kraju. Wyniki dla niektórych mogą być zaskoczeniem.

Ranking ów powstał na podstawie badania, które było realizowane na zlecenie Fundacji na rzecz Reputacji Marki „Premium Brand”. Badane osoby oceniali poziom zaufania do danego miasta, wykreowaną wokół niego atmosferę medialną, zaangażowanie społeczne, oraz warunki pracy i zatrudnienia. Ponadto, respondenci wskazywali, czy byliby skłonni polecić znajomym odwiedzenia danej miejscowości.

Ranking powstał w oparciu o wskaźnik reputacji, obliczony na podstawie uzyskanych wyników. Miasta maksymalnie mogły otrzymać 100 punktów. W rankingu brane były pod uwagę tylko te miasta, które otrzymały łączną notę powyżej 60 punktów.

Na końcowych miejscach rankingu znalazły się Kielce (61pkt), Łódź (63pkt), Katowice (63pkt), Białystok (63pkt) i Rzeszów (64pkt). Na miejscu piątym uplasowała się Warszawa (69pkt), tuż za Krakowem (70pkt). Miejsce trzecie zajął Poznań (wynik 72pkt), drugie Gdańsk (73pkt). Zwycięzcą pierwszego polskiego rankingu zaufania został zaś Wrocław (75pkt).

Kategorie
Blog

Kierunek – rewitalizacja miast!

Dwie największe łódzkie uczelnie, Uniwersytet i Politechnika, uruchomią nowy, unikatowy w skali naszego kraju kierunek studiów – rewitalizację miast. Czy już za kilka lat zyskamy nowych, świetnie wykształconych specjalistów, dzięki którym polskie aglomeracje zyskają drugie życie?

Jak podkreśla prezydent miasta, Hanna Zdanowska, w Polsce brakuje odpowiednio wykształconych i doświadczonych, by podołać wyzwaniu, jakim w najbliższych dekadach będzie konieczność rewitalizacji polskich miast. Trudno wyobrazić sobie, by mogło do tego dojść bez specjalnie przygotowanej kadry i współpracy ze środowiskiem naukowym. Nowy kierunek studiów ma w tym pomóc, zwłaszcza, że zagadnienie rewitalizacji jest rozumiane przez jego twórców w sposób bardzo kompleksowy i obejmuje nie tylko kwestie urbanistyczne, ale także ekonomiczne i społeczno-kulturowe.

Według koncepcji władz obu uczelni, Politechnika Łódzka będzie odpowiedzialna za zagadnienia związane z architekturą i budownictwem, natomiast Uniwersytet położy nacisk na wymiary społeczny, gospodarczy i ekonomiczny rewitalizacji. Uczelniom zależy, by studia miały jak najszerszy wymiar praktyczny, dlatego też studenci będą mogli odbywać szereg praktyk związanych z wybranym kierunkiem, zaś same zajęcia będą prowadzone w dużej mierze przez osoby o bogatym doświadczeniu w tematyce rewitalizacji miast.

W ramach kierunku studenci będą mieli do wyboru jedną z trzech ścieżek edukacyjnych: ekonomiczno-gospodarczą, społeczno-partycypacyjną opracowywaną przez Uniwersytet, bądź architektoniczno-budowlaną, kierowaną przez Politechnikę. Pierwszych 60 studentów ma zostać przyjętych już w semestrze letnim 2016/2017.

Wiele polskich miast już teraz boryka się z problemem obszarów zdegradowanych. Władze Politechniki Łódzkiej i Uniwersytetu Łódzkiego oraz włodarze Łodzi mają jednak nadzieję, że ich wspólny projekt pozwoli na wykształcenie dobrze przygotowanej kadry, posiadającej wszechstronną wiedzę i praktyczne umiejętności w dziedzinie ich rewitalizacji.

Kategorie
Blog

Polskie zabawki trafiają do dzieci na całym świecie

Miniony 2015 rok był wyjątkowo udany dla polskich producentów zabawek. Nasze firmy wysłały za granicę klocki, maskotki, lalki i inne zabawki o wartości blisko 4,6 miliarda złotych! To o 1,7 miliarda i o 58,7% więcej, niż rok wcześniej.

Informację podała instytucja płatnicza AKCENTA, rozliczająca transakcje walutowe eksporterów oraz importerów. Warto odnotować, że już w 2014 roku mieliśmy imponującą dynamikę wzrostu eksportu tych produktów, gdyż polskie firmy sprzedały wtedy zabawki o wartości 75% większej, niż w 2013. Tegoroczny wzrost jest wprawdzie nieco mniejszy, jednak wszystko wskazuje na to, że od tej pory polski eksport zabawek będzie już stale osiągał miliardowe wartości. O ile dziś sprzedajemy za granicę zabawki o wartości 4,6 mld złotych, tak w 2014 było to 2,9 mld złotych, w 2013 – 1,65 mld, a w 2012 – 1,47 mld. Progres jest więc imponujący.

Trzeba jednak pamiętać, że do wartości tej zalicza się też reeksport produktów. Oznacza to, że część eksportowanych z Polski zabawek była wyprodukowana za granicą, następnie zakupiona przez polskie firmy, a w dalszej kolejności sprzedana znów do innych państw. Wówczas wartość dodaną stanowi dla naszego kraju przede wszystkim marża uzyskiwana przez rodzimych dystrybutorów. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy w Polsce wielu liczących się i dynamicznie rozwijających producentów zabawek i akcesoriów do gier, którzy walnie przyczynili się do tak obiecującego wyniku eksportowego. Wader, COBI, Q-Workshop, Granna – to tylko kilka dobrze rozpoznawanych za granicą polskich marek, reprezentujących tę branżę.

Ciekawie przedstawiają się ponadto informacje dotyczące kierunków eksportowych. 90% eksportowanych z Polski zabawek trafia na rynki Unii Europejskiej, z czego 1/3 stanowi chłonny rynek niemiecki. Jednak pozostałych 10% stanowią znacznie bardziej egzotyczne i odległe kraje. Polskie zabawki trafiają chociażby do Stanów Zjednoczonych i Meksyku, ale także do Ekwadoru, Omanu, czy Nowej Zelandii. Statystyki mówią o blisko 150 państwach, do których kierowany jest polski eksport tych produktów. Biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki uzyskiwane przez polskich eksporterów, można przypuszczać, że następne lata będą dla nich nie mniej owocne.

Kategorie
Blog

Kadra Nawałki pisze historię polskiego futbolu. Biało-czerwoni w ćwierćfinale Euro!

Reprezentacja Polski wygrała ze Szwajcarią w meczu 1/8 finału mistrzostw Europy w piłce nożnej. Regulaminowy czas gry zakończył się przy wyniku 1:1. Spotkania nie rozstrzygnęła dogrywka. Zwycięzcę wyłoniły dopiero rzuty karne, w których górą byli biało-czerwoni. W kolejnym, ćwierćfinałowym meczu nasi reprezentanci zmierzą się ze zwycięzcą spotkania Chorwacja-Portugalia.

Mecz miał niezwykle dramatyczny przebieg, jednak w pierwszej połowie lepiej prezentowali się biało-czerwoni. Już w pierwszej minucie spotkania dogodną sytuację do strzelenia bramki miał Arkadiusz Milik, jednak kolejny raz na tym turnieju zawiodła jego skuteczność. Pierwsze czterdzieści pięć minut upłynęło pod znakiem dobrej gry zawodników Adama Nawałki. Polacy grali profesjonalny, dojrzały futbol, tworząc sobie okazje i jednocześnie nie pozwalając popisać się szwajcarskim napastnikom. W 39. minucie drugą bramkę na turnieju strzelił Jakub Błaszczykowski. Do końca pierwszej połowy rezultat ten się utrzymał i na przerwę Polacy schodzili przy jednobramkowym prowadzeniu.

Gra biało-czerwonych w drugiej połowie wyglądała jednak znacznie słabiej. Szwajcarzy zmobilizowali się do ataku, a wyraźnie ofensywne zmiany poczynione przez szkoleniowca Helwetów pomogły naszym rywalom na konstruowanie coraz bardziej składnych akcji. W 82. minucie przepiękną bramkę z przewrotki zdobył dla Szwajcarów Xherdan Shaqiri. Do końca spotkania zostało zaledwie 8 minut regulaminowego czasu gry.

Po 90 minutach było 1:1 i w dogrywce również żadna z drużyn nie zdołała zdobyć zwycięskiego gola, choć trzeba przyznać, że więcej akcji ofensywnych zanotowali Szwajcarzy. Górą okazywała się jednak polska defensywa. Świetny mecz rozegrał Łukasz Piszczek. Po raz kolejny skutecznie w obronie grali Kamil Glik i Mariusz Pazdan, a w sytuacjach, gdy górą byli szwajcarscy atakujący, z opresji ratował nas fenomenalnie dysponowany Łukasz Fabiański.

O losach spotkania miały zadecydować rzuty karne. W pierwszej serii zawodnicy obu drużyn okazali się skuteczni. Do bramki trafili Stephan Lichsteiner i Robert Lewandowski. Decydująca okazała się druga kolejka, w której Granit Xhaka strzelił daleko obok bramki. Po stronie polskiej odpowiedział na to Arkadiusz Milik. Yann Sommer wprawdzie wyczuł jego intencję, a piłka minęła jego palce, ale siła strzału nie pozwoliła na skuteczną obronę. Po dwóch kolejkach bylo 2:1 dla biało-czerwonych. W trzeciej serii skuteczni okazali się Xherdan Shaqiri i Kamil Glik, a w czwartej – Fabian Schaer i Jakub Błaszczykowski. Serca Polaków zabiły szybciej przed piątą kolejką, która miała okazać się decydująca. W drużynie szwajcarskiej nie pomylił się Ricardo Rodriqguez, ale z uwagi na błąd Xhaki z drugiej kolejki, losy meczu zależały od próby Grzegorza Krychowiaka. Zawodnik FC Sevilli nie pomylił się i popisał strzałem w lewy górny róg bramki, nie dając szans Sommerowi.

Tym samym biało-czerwoni zwyciężyli w całym meczu i wywalczyli historyczny awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy w piłce nożnej. Na naszych oczach podopieczni selekcjonera Adama Nawałki piszą historię polskiej piłki nożnej. W meczu ćwierćfinałowym zmierzą się ze zwycięzcą spotkania Chorwacja-Portugalia. Zwycięska passa Polaków trwa i wszyscy życzylibyśmy sobie, by trwała jak najdłużej!

Kategorie
Blog

„Polacy są zbyt inteligentni jak na swoje położenie geograficzne” – wspomnienie o Jarosławie Iwaszkiewiczu

Jeden z ważniejszych polskich pisarzy ubiegłego stulecia, współtwórca grupy literackiej Skamander, tłumacz i librecista. Miał twierdzić, że „Polacy są zbyt inteligentni jak na swe położenie geograficzne”. Zarówno jego osoba, jak i bogaty dorobek, jaki po sobie pozostawił, do dziś pozostają przedmiotem kontrowersji i dyskusji nie tylko pośród filologów. Jarosław Iwaszkiewicz, bo o nim mowa, przez długie lata zmuszony był szukać kompromisów pomiędzy własnym sumieniem, a wyzwaniami, jakie wiązały się z twórczością w czasach realnego socjalizmu.

Na świat przyszedł 20 lutego 1894 roku w Kalniku, w rodzinie o narodowowyzwoleńczych tradycjach – jego ojciec i stryj brali czynny udział w powstaniu styczniowym. Naukę rozpoczął w 1902 roku w szkole w Warszawie, a następnie od 1904 roku w Kijowie, gdzie zdał maturę i rozpoczął studia prawnicze na tamtejszym uniwersytecie, których jednak nie ukończył. Pod wpływem poznanych jeszcze w liceum kolegów podejmował pierwsze próby twórcze, jednak na debiut czekał do 1915 roku, kiedy to na łamach pierwszej i jedynej odsłony czasopisma „Pióro” opublikowany został wiersz „Lilith”. Początkowo pisał zarówno w języku polskim, jak i rosyjskim, ale od chwili, gdy przybył do Warszawy, tworzył już wyłącznie w ojczystej mowie.

Literackie początki

Jarosław Iwaszkiewicz

W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości przez Polskę Iwaszkiewicz współpracował z twórcami skupionymi wokół pisma „Pro Arte Et Studio”, działał w kabarecie „Pikador”, a wreszcie związał się ze skamandrytami. W 1919 wydał debiutancki tomik zatytułowany „Oktostychy” i choć wiele sobie po nim obiecywał, to krytycy wyrażali się o nim oschle i ostatecznie przeszedł bez echa. Podobny los spotkał wydany trzy lata później tom „Dionizje”, na którym nie pozostawiono suchej nitki.

Na początku lat 20. Iwaszkiewicz służył w 221. Pułku Piechoty, na co dzień stacjonując w Ostrowie Wielkopolskim. Rok później ożenił się z Anną Lilpop, pochodzącą z bogatej rodziny o przemysłowych tradycjach. Małżeństwo to przetrwało 57 lat! W latach 1923-1925 pracował jako sekretarz marszałka sejmu Macieja Rataja, a w 1928 roku wraz z małżonką zamieszkał w darowanym im przez teścia dworku Stawisku. Nie zaniedbywał jednak swoich artystycznych pasji. Aż do wybuchu wojny na łamach „Wiadomości Literackich” publikował liczne wiersze, artykuły i recenzje dzieł kultury. Jego opinie oraz utwory znaleźć można było również w „Pologne Litteraire” (w latach 1926-1935), „Muzyce” (1926-1937), „Pamiętniku Warszawskim” (1929-1931) oraz w „Gazecie Polskiej” (1934-1938) i „Ateneum” (1938-1939). Niedługo później za sprawą teścia otrzymał intratną posadę w placówkach dyplomatycznych w Kopenhadze i Brukseli.

Prawdziwą sławę Jarosław Iwaszkiewicz zdobył dopiero w latach 30-tych. W 1931 opublikował „Powrót do Europy”, a dwa lata później rewelacyjnie przyjęte opowiadania „Panny z Wilka” i „Brzezina”. W 1934 roku wydał powieść historyczną pod tytułem „Czerwone tarcze”, przenoszącą czytelnika do XII wieku i przybliżającą losy Henryka Sandomierskiego, syna Bolesława Krzywoustego. W 1937, dwa lata przed wojną, opublikowany został jeszcze dramat „Lato w Nohant”, poświęcony Fryderykowi Chopinowi.

Podczas wojny

Podczas II Wojny Światowej jako jedyny spośród wszystkich skamandrytów zdecydował się pozostać w kraju. W czasie okupacji mieszkał w dworku w Stawisku. Razem z Marią Dąbrowską i Jerzym Andrzejewskim kierował sekcją literatury w departamencie Oświaty, Nauki i Kultury Delegatury Rządu na Kraj. Wielokrotnie gościł i wspomagał finansowo takich artystów jak Czesław Miłosz, czy Krzysztof Kamil Baczyński. Z profesorem Lorentzem współpracował w celu ratowania zabytków polskiej kultury i sztuki. Warto przypomnieć, że dom Iwaszkiewicza w czasach wojny był miejscem spotkań polskich artystów. Wielokrotnie urządzano w nim tajne koncerty, spotkania autorskie oraz dyskusje poświęcone kulturze i sztuce. Najbardziej zagrożeni przez okupacyjne władze – nie tylko artyści – mogli liczyć na bezpieczne schronienie w Stawisku. W szczytowym momencie Iwaszkiewicz ukrywał ponad 40 osób, zarówno Polaków, jak i Żydów, narażając przy tym własne życie. Za swoją ofiarność po latach, w styczniu 1988 roku wraz z żoną został uhonorowany medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Warto pamiętać, że podczas wojny Iwaszkiewicz nie próżnował, jeśli chodzi o twórczość literacką. Słynna „Matka Joanna od Aniołów” powstała właśnie w tym trudnym czasie.

Mniejsze zło?

Po zakończeniu wojny Jarosław Iwaszkiewicz został prezesem Związku Literatów Polskich. Z czasem został też redaktorem naczelnym miesięcznika „Twórczość” oraz bezpartyjnym posłem na sejm. Wykazywał konformistyczną postawę wobec nowych, komunistycznych władz, chociaż ze względu na swoje homoseksualne skłonności, których wcale nie ukrywał, pozostawał pod ciągłą inwigilacją państwowych służb. Wkrótce został przewodniczącym Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju, a także laureatem Orderu Budowniczego Polski Ludowej i Nagrody Leninowskiej „Za utrwalanie pokoju między narodami”. Można powiedzieć, że Iwaszkiewicz w pewnym momencie przyjął rolę pupila nowej władzy. Dobre układy z władzą pozwoliły mu zachować dwór w Stawiskach do własnej dyspozycji. Należy jednak pamiętać, że na postawie tej skorzystał również kierowany przez niego Związek Literatów Polskich. Wpływy, jakie posiadał, pozwoliły mu nie dopuścić na wydalenie ze związku Pawła Jasienicy, czy Stefana Kisielewskiego, a także wielu innych twórców, których działalność była zdecydowanie nie na rękę ówczesnej władzy.

Bogaty dorobek i szczęście do srebrnego ekranu

 Znaczna część utworów Iwaszkiewicza utrzymana jest w nostalgicznej atmosferze. Daremność ludzkich poczynań, niemoc jednostki w obliczu wielkich procesów dziejowych, ale też głęboka wrażliwość bohaterów to jedne z najbardziej charakterystycznych cech twórczości Iwaszkiewicza. Tragizm ten szczególnie zauważalny jest w dziełach powstałych już po wojnie, inspirowanych przeżyciami związanymi z wojenną i okupacyjną rzeczywistością. Zwraca także uwagę fakt, że postacie kreowane przez Iwaszkiewicza charakteryzują się zdolnością do wyborów właściwych z punktu widzenia moralności, co uwidacznia się w takich pracach, jak „Tatarak”, „Kochankowie z Marony”, czy „Sny. Ogrody. Serenite”. Autorowi niestraszne były również większe projekty literackie – dość wspomnieć, że w latach 1956-1962 popełnił epicką, trzytomową powieść pod tytułem „Sława i chwała”, poświęconą losom polskiej inteligencji.

Willa Iwaszkiewiczów w Stawisku

Twórczość Jarosława Iwaszkiewicza była wielokrotnie przenoszona na szklane ekrany i trzeba zauważyć. Często podejmowali się tego wybitni twórcy filmowi, w efekcie czego powstawały niezwykle udane ekranizacje. „Matka Joanna od Aniołów” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza uznawana jest za film dorównujący poziomem artystycznego kunsztu literackiemu pierwowzorowi – dość wspomnieć, że w 1961 roku został nagrodzony Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. Kiedy w 1970 roku Andrzej Wajda ekranizował „Brzeziny”, jego utwór również zyskał międzynarodowe uznanie – wyróżniono go nagrodą FIPRESCI na festiwalu w Mediolanie, a dziewięć lat później „Panny z Wilka” były nominowane do Oscara. Na ekrany kin trafiły ponadto ekranizacja opowiadania „Czarne ptaki” (1992, w reżyserii Dariusza Domagalika”), a także „Sława i Chwała” (1997, Kazimierz Kutz).

Jarosław Iwaszkiewicz zmarł 2 marca 1980 roku. Pochowano go – zgodnie z jego prośbą – w mundurze Honorowego Górnika PRL-u, na cmentarzu w podwarszawskim Brwinowie. W willi, w której przez większość życia mieszkał artysta, dziś mieści się muzeum poświęcone jego życiu i twórczości.