Kategorie
Blog

Wiktor Bross – polski pionier torakochirurgii

Wiktor Bross przeszedł do historii głównie jako pionier torakochirurgii oraz jeden z twórców polskiej kardiochirurgii. Przyszedł na świat 9 sierpnia 1903 roku w wielkopolskim Witkowie, w rodzinie o bogatych patriotycznych tradycjach. Jego ojcem był Konstanty, represjonowany w 1905 za poparcie strajku dzieci wrzesieńskich, matką zaś Helena z domu Knast.

Wiktor w latach 1922-1924 studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego, a kolejne cztery lata spędził we Lwowie na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Choć po zakończeniu edukacji przeniósł się na jakiś czas do Katowic, gdzie odbył pierwsze lekarskie praktyki, to wkrótce ponownie wrócił do Lwowa, gdzie po uzyskaniu habilitacji pokierował Kliniką Chirurgii.

II Wojna Światowa była dla rodziny Wiktora tragicznym doświadczeniem. Ojciec zmarł w pierwszych dniach września, zmaltretowany i pobity przez niemieckich żołnierzy podczas wysiedlania rodziny z Poznania. W trakcie największego konfliktu w dziejach śmierć ponieśli także trzej starsi bracia Wiktora. Kazimierz (doktor medycyny) poległ podczas kampanii wrześniowej, Marian (prawnik) został zamordowany w Katyniu, a Stefan zmarł wycieńczony wkrótce po tym, jak opuścił obóz koncentracyjny Stutthof. Sam Wiktor początek wojny spędził we Lwowie, jednak w 1943, gdy coraz częściej dochodziło do zamachów na polskich profesorów ze strony ukraińskich szowinistów, zdecydował się opuścić miasto.

Po zakończeniu II wojny światowej Wiktor Bross mieszkał i pracował w Katowicach oraz we Wrocławiu, gdzie założył „Wrocławską Szkołę Chirurgiczną”. Do jego uczniów należeli tacy wybitni naukowcy, jak Antoni Aroński, Henryk Kuś, Eugeniusz Rogalski, czy Tadeusz Orłowski.

Przez wiele lat kierował II Katedrą i Kliniką Chirurgii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Jednym z największych sukcesów, jakich dokonał, było przeprowadzenie pierwszej w historii polskiej medycyny operacji na otwartym sercu. Wiktor Bross nie ustawał w coraz kolejnych badaniach na rzecz rozwoju rodzimej medycyny, a swoje horyzonty poszerzał między innymi na stypendium w USA. Wracając z Ameryki, w 1961 wykonał pierwszą w Polsce operację w krążeniu pozaustrojowym. Osiągnięcia Polaka szybko dostrzegł cały medyczny świat. O tym, jak dużą estymą cieszył się Bross w naukowym środowisku, świadczyć może fakt, iż trzykrotnie wybierano go na stanowisko wiceprzewodniczącego kongresu chirurgów w Filadelfii, Buenos Aires i w Tokio.

Osiągnięcia Brossa doceniano jednak także na rodzimym poletku. W latach 1963-64 był prezesem Zarządu Głównego Towarzystwa Chirurgów Polskich. Był doktorem honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego, Akademii Medycznej we Wrocławiu, a także członkiem szeregu polskich i zagranicznych stowarzyszeń skupiających specjalistów z fachu, którym się zajmował. Od 1986 roku, kilkanaście lat po przejściu na emeryturę, został członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk.

Na dorobek naukowy Wiktora Brossa składa się ponad 500 rozmaitych prac, opublikowanych zarówno w Polsce, jak i za granicą. Bross jest także autorem wybitnych dzieł naukowych – „Zgorzel samoistna: Patogeneza i leczenie chirurgiczne w świetle badań klinicznych i doświadczalnych” (1936), „Chirurgia część I: Schorzenia chirurgiczne głowy i szyi. Część II: Schorzenie chirurgiczne narządów klatki piersiowej” 1952, 1957, oraz „Odma zewnątrzpłucnowa w leczeniu gruźlicy płuc (1955, napisana wespół z T. Garbińskim). Liczne jego dzieła miały charakter pionierski i stanowiły kamienie węgielne pod dalszy rozwój badanych dziedzin. Brossbrał udział w 24 międzynarodowych kongresach, na których wygłosił aż 70 referatów, a w 1964 sam zorganizował podobny kongres we Wrocławiu.

Wiktor Bross, pionier torakochirurgii i człowiek, który położył podwaliny pod rozwój polskiej kardiochirurgii, zmarł 17 stycznia 1994 roku, w wieku 90 lat. Spoczął na cmentarzu w Katowicach.

Kategorie
Blog

Mieszko I – Twórca państwa Piastów

Mieszko I przeszedł do historii jako twórca polskiej państwowości. Był on pierwszym spośród poświadczonych źródłami historycznymi polskim władcą, synem legendarnego Siemomysła i wnukiem Leszka. Z ich analizy wyłania się obraz Mieszka jako charyzmatycznego księcia, zdolnego polityka i dzielnego wojownika. To on wprowadził Polskę do szeregu państw chrześcijańskich, a także stworzył fundamenty terytorialne kraju, pozostawiając swoim następcom ziemie dwukrotnie większe, niż sam otrzymał.

Cudowne uzdrowienie i odziedziczone ziemie

Nie wiadomo, kiedy dokładnie Mieszko I przyszedł na świat. Przypuszcza się, że mogło to nastąpić między rokiem 930 a 940. Mało jest też informacji dotyczących młodych lat jego życia. Gall Anonim wspomina jedynie, że do siódmego roku życia polski książę był niewidomy. Wtedy to mając właśnie 7 lat, Mieszko miał odzyskać wzrok:

 (…) radość stała się powszechna i pełna, gdy chłopiec rozpoznał tych, których poprzednio nigdy nie widział, i w ten sposób hańbę swej ślepoty zmienił w niepojętą radość. Wówczas książę Siemomysł pilnie wypytywał starszych i roztropniejszych z obecnych, czy ślepota i przewidzenie chłopca nie oznacza jakiegoś cudownego znaku. Oni zaś tłumaczyli, że ślepota oznaczała, iż Polska przedtem była tak jakby ślepa, lecz odtąd – przepowiadali – ma być przez Mieszka oświeconą i wywyższoną ponad sąsiednie narody.

Historycy w większości nie dają wiary podaniu Galla Anonima o rzekomym odzyskaniu wzroku przez Mieszka. Kronikarz najprawdopodobniej zastosował tutaj alegorię, odnoszącą się bezpośrednio do mającego nastąpić później chrztu Polski. Dalej bowiem Anonim pisze:

Zaiste ślepą była przedtem Polska, nie znając ani czci prawdziwego Boga, ani zasad wiary, lecz przez oświeconego Mieszka i ona także została oświecona, bo gdy on przyjął wiarę, naród polski uratowany został od śmierci w pogaństwie.

Więcej wiadomo o państwie Mieszka około 960 roku. Przebywający na dworze cesarza Ottona żydowski podróżnik Ibrahim ibn Jakub przedstawiał Mieszka jako władcę panującego na rozległym obszarze, posiadającego znaczną siłę zbrojną i toczącego walki z ludem Weltaba – współcześnie utożsamianym ze Słowianami połabskimi.

Ziemie należące do Mieszka były istotnie niemałe. Po ojcu miał on uzyskać Wielkopolskę, ale przypuszcza się, że u początku swego panowania zajął także Mazowsze. Na początku lat 60-tych X wieku Mieszko I opanował ponadto Pomorze Wschodnie i Środkowe. Pod koniec życia w skład jego państwa wchodziły najprawdopodobniej Małopolska i Śląsk, zaś przez krótki czas Mieszko sprawował pieczę nad Grodami Czerwieńskimi, które utracił w 981 roku na rzecz Włodzimierza, władcy Rusi.

Chrzest Mieszka

Najważniejszym wydarzeniem za panowania Mieszka I, z ogromnymi, długofalowymi skutkami dla Polski, był przyjęty w 966 roku chrzest. Nieznane są motywy tego przedsięwzięcia. Wiadomo, że rok wcześniej książę Polski poślubił czeską księżniczkę Dobrawę, zaś źródła historyczne bardzo uwydatniają jej rolę w nakłonieniu Mieszka do przyjęcia chrztu. Nie ma podstaw, by temu nie wierzyć, należy jednak pamiętać, że w średniowiecznych podaniach i kronikach istniał taki właśnie topos, zgodnie z którym poszczególni książęta nawracali się na chrześcijaństwo wskutek namów małżonek. Tak miało być chociażby z władcą Franków, Chlodwigiem, który chrzest przyjął pięć niemal pięć wieków wcześniej.

Utarło się jednak w historiografii przekonanie, że Mieszko I przyjął chrzest ze względów politycznych. Arcybiskupstwo magdeburskie miało prowadzić działania mające na celu chrystianizację terenów wschodnich. Jeśli przyjąć tę tezę, to książę Polski podjął decyzję o chrzcie, nie chcąc dopuścić do powstania szeroko zakrojonej chrystianizacji ze strony Niemiec.

Pewne jest zaś, że niedługo po przyjęciu chrztu, do Polski zaczęli napływać kapłani. Początkowo chrześcijaństwo było jednak domeną elit tworzącego się państwa piastowskiego. Nie przenikało do szerszych mas, które w znacznej części ciągle przywiązane były do bogów i tradycji pogańskich. W rzeczywistości chrystianizacja będzie trwała jeszcze długie lata, gdyż jak wiadomo, wśród przyczyn burzliwych wydarzeń lat 30-tych XI wieku znajdowały się także niepokoje religijne.

W 968 w Poznaniu powstało pierwsze biskupstwo, na którego czele stanął biskup Jordan, o którego pochodzeniu wiadomo jednak bardzo niewiele. Także na polu organizacji kościelnej odniesiono sukces. Biskupstwo poznańskie miało bowiem status misyjnego, co oznaczało bezpośrednią podległość Stolicy Apostolskiej. Zdołano uniknąć pośrednictwa arcybiskupstwa magdeburskiego, co przekreśliłoby szanse polskiego Kościoła na uzyskanie niezależności od Niemiec.

Zwycięskie boje

Wzrastająca potęga księcia piastowskiego budziła niepokój niemieckich margrabiów. Już w 963 saski hrabia Wichman na czele Wolinian najeżdżał państwo Mieszka. Polski książę poniósł z nim klęskę, a w bitwie poległ jego nieznany z imienia brat. Zupełnie inaczej było po czterech latach, w 967 roku, kiedy Wichman po niepowodzeniach w starciach księciem saskim Hermanem znalazł schronienie u Wolinian. Wraz z nimi Wichman ruszył na Mieszka, być może powstrzymując terytorialne zapędy polskiego księcia, który dążył do opanowania północnych ziem. W walkach jednak poniósł klęskę, a wskutek odniesionych ran zmarł na polu bitwy. Zanim wyzionął ducha, prosił Mieszka, aby ten przekazał cesarzowi jego miecz.

Mieszko I wg. Jana Matejki

Kolejną próbą Mieszka był w 972 roku najazd margrabiego łużyckiego, Hodona. U jego podstaw mogła leżeć chęć powstrzymania piastowskiej ekspansji w kierunku północnej. Niewykluczone, że sami Wolinianie prosili Hodona o pomoc. Ten ruszył na Mieszka I, jednak jego wyprawa poniosła całkowitą klęskę. W bitwie pod Cedynią książę piastowski uciekając się do sprytnych forteli, zadał Hodonowi druzgocącą klęskę. Jego wojska zostały rozbite, sam zaś margrabia łużycki miał dużo szczęścia, że wraz z niedobitkami zdołał opuścić usłane niemieckimi trupami pole bitwy.

Mimo wszystko jednak Mieszko I dążył do pokojowych stosunków z Niemcami. Po śmierci Dobrawy, książę polski pojął za żonę Odę, córkę margrabiego Marchii Północnej Teodoryka. Chociaż wcześniej popierał opozycję bawarską mającą na celu wyniesienie do najwyższej władzy w cesarstwie Henryka Kłótnika, to stosunkowo szybko od tego odstąpił i wkrótce wspomógł wojska Saksonii w inwazji na Połabie. W 986 roku zaś odbył się zjazd w Kwedlinburgu. Mieszko ofiarował na nim małemu Ottonowi III wielbłąda, co zrobiło ogromne wrażenie na panach niemieckich, a także na kronikarzach, którzy szczególnie uwypuklali ten fakt w swoich dziełach. Umiał zatem książę polski robić dobre wrażenie na tych, o których względy zabiegał.

Po śmierci Dobrawy sojusz Polski z Czechami opierał się już na dużo słabszych podstawach. Poza tym, naszym południowym sąsiadom mogły nie podobać się działania Mieszka I wobec Słowian połabskich, z którymi mieli oni tradycyjne dobre stosunki. Rezultatem wieloletnich wzajemnych napięć była wojna w 990 roku. Zakończyła się ona zdecydowanym zwycięstwem Mieszka, który zdołał włączyć Śląsk do swojego królestwa.

Mieszko I znany jest także jako wystawca niezwykle istotnego aktu, znanego jako Dagome Iudex. Zgodnie z jego treścią, książę Polski ofiarował swój kraj pod symboliczną opiekę papieża. Nie jest jasny motyw wystawienia tego dokumentu. Niektórzy uważają, że chciał w ten sposób zabezpieczyć prawa żony Ody oraz jej synów, licząc na ewentualną interwencję papiestwa w obronie ich interesów. Równie dobrze mógł to być jednak zabieg czysto propagandowy, w którym Mieszko chciał ukazać swój kraj jako chrześcijański, zabiegający o dobre stosunki z papiestwem, nawet jeśli było ono wówczas uzależnione od cesarstwa. Dla historyków zaś Dagome Iudex ważny jest z innego powodu – zawarto w nim dokładny opis ziem należących do państwa Mieszka I, na podstawie którego można odtworzyć granice ówczesnej Polski.

Panowanie Mieszka I należy ocenić pozytywnie. Był on twórcą państwa piastowskiego, który podniósł jego rangę przez przyjęcie chrztu, utrzymywanie dobrych stosunków z cesarstwem i zwycięstwa w licznych konfliktach zbrojnych. Budowniczy państwa polskiego przekazał swojemu następcy kraj dwukrotnie większy, niż sam zastał. Zajmował obszar 250 000 km2, kształtem swym przypominał dzisiejszą Polskę i był domem dla ponad miliona naszych przodków.

Kategorie
Blog

Fala motoryzacyjnych inwestycji. Światowe koncerny stawiają na Polskę

Ostatnie miesiące przyniosły wiele interesujących wiadomości związanych z branżą motoryzacyjną w Polsce. Wbrew pozorom, nie dotyczą one wyłącznie zagranicznych inwestycji w naszym kraju.

LG i baterie do pojazdów ekologicznych

W kwietniu bieżącego roku koncern LG poinformował o planach wybudowania pod Wrocławiem fabryki baterii samochodowych. Koreańska firma jest jednym z największych na świecie producentów sprzętu tego typu. Dziś wiadomo już, że pierwsza w Europie fabryka baterii do samochodów elektrycznych powstanie w Biskupicach Podgórnych. Będzie gotowa w 2018 roku, każdego roku z linii produkcyjnych zejdzie około 230 000 akumulatorów, a łączna wartość inwestycji wyniesie prawie 1,3 miliarda złotych. W fabryce pracę znajdzie 700 osób.

Industrias Alegre i komponenty dla Forda

W Biskupicach Podgórnych pod Wrocławiem powstanie także inny zakład produkujący dla branży motoryzacyjnej. Inwestorem jest hiszpańska firma Industrias Alegre, która produkuje części z tworzyw sztucznych dla sektora samochodowego. Głównym odbiorcą jej produktów jest Ford, ale przedsiębiorstwo współpracuje również z General Motors, Citroenem i Volkswagenem. W Biskupicach Podgórnych firma zatrudni ponad 300 osób, a łączna wartość inwestycji wyniesie około 100 milionów złotych.

Daimler i fabryka nowoczesnych silników w Jaworze

Inwestycją, która chyba najbardziej rozpalała wyobraźnię polskich miłośników motoryzacji, była ta planowana przez koncern Daimler AG. O planach Mercedesa wobec Polski pisaliśmy już w kwietniu, gdy informacje na ten temat były jeszcze nieoficjalne. Ostatecznie w wyścigu o inwestycję niemieckiego giganta Polska pokonała rywali z Rumunii i Słowacji, a oficjalne potwierdzenie uzyskaliśmy w październiku. Dziś jest już pewne, że w Jaworze powstanie fabryka produkująca innowacyjne silniki dla Mercedez Benz Manufacturing. Daimler zainwestuje w Polsce ponad 800 milionów euro i zatrudni około 1500 osób.

IFA Powertrain i fabryka w Ujeździe

Inną, potwierdzoną już inwestycją z branży motoryzacyjnej jest ta planowana przez IFA Powertrain Polska. Spółka pochodzi z Niemiec i będzie w Polsce produkować półosie napędowe dla mercedesów klasy C, E oraz S. Łącznie z linii produkcyjnych schodzić będą 2 miliony sztuk tego wyposażenia. Wartość inwestycji to 100 milionów euro. Fabryka będzie otwarta już w 2017 roku. Zatrudnienie znajdzie w niej początkowo 90 osób, ale do 2020 roku ma ono wzrosnąć do 400.

Henniges Automotive w Prudniku

Motoryzacyjne inwestycje nie omijają Opolszczyzny. W tamtejszym Prudniku pochodząca ze Stanów Zjednoczonych firma Henniges Automotive wybuduje fabrykę uszczelek i komponentów amortyzujących drgania. Dla lokalnego rynku pracy jest to o tyle dobra wiadomość, że stopa bezrobocia w Prudniku wynosiła do tej pory 13%. Tymczasem w nowej fabryce w ciągu najbliższych 5 lat zatrudnienie ma znaleźć blisko 500 osób.

Boryszew na Elanie

Nową fabrykę planuje wybudować także należąca do Romana Karkosika polska spółka Boryszew. Na terenach Elany produkowane będą części samochodowe oraz podzespoły do urządzeń AGD. Wartość inwestycji wyniesie 50 milionów złotych, a pracę znajdzie tam 250 osób. Pamiętać należy, że komponenty samochodowe Boryszew produkuje także w innym miejscu niedaleko Torunia. Mowa oczywiście o Ostaszewie, leżącym zaledwie piętnaście kilometrów na północ od miasta Kopernika. Dwa lata temu polska spółka kupiła większość udziałów japońskiej firmy Tensho, wraz z należącą do niej fabrykę. Od tamtej pory w Ostaszewie powstają nie tylko obudowy do telewizorów, ale także samochodowe deski rozdzielcze, progi, plastikowe elementy foteli i pokrywy silnika.

Narodowe Auto Elektryczne

To wiadomość sprzed zaledwie kilku tygodni. Polska Grupa Energetyczna (PGE), Energa, Enea i Tauron Polska Energia powołały dnia 20 października spółkę ElectroMobility Poland, która ma zaprojektować polski samochód elektryczny. Wsparcia ma udzielić PKN Orlen, który zadeklarował wybudowanie na swoich stacjach punkty szybkiego ładowania aut elektrycznych.

Koszt samochodu miałby wynieść maksymalnie 70 tysięcy złotych, a ponad 60% wszystkich składających się na niego komponentów dostarczyć mają polscy producenci. Jeszcze w listopadzie zostanie ogłoszony konkurs na projekt jego karoserii.

– Polska powinna zaistnieć w nowej rewolucji przemysłowej i rozpocząć produkcję na światową skalę autobusów i samochodów o napędzie elektrycznym. – mówił w wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie” wicepremier i minister rozwoju, Mateusz Morawiecki

Na ile plany te są realne i czy ulegną realizacji – pokaże najbliższa przyszłość. Na łamach BezKompleksów z pewnością będziemy informować o rozwoju sytuacji, jak i o kolejnych motoryzacyjnych inwestycjach w Polsce. Należy pamiętać, że branża motoryzacyjna jest jedną z kluczowych dla polskiego przemysłu. Udział sektora w polskim PKB wynosi aż 8%, a zatrudnienie znajduje w niej ponad 800 000 osób.

Kategorie
Blog

Będzie nowa polska stacja antarktyczna!

Stacja „Arctowski”  działająca od 1977 roku otrzyma nową siedzibę. Stalowe hale i kontenerowe domki zastąpi zmodernizowana i innowacyjna stacja badawcza  zaprojektowana przez architektów z Kuryłowicz&Associates.  

Polska Stacja Antarktyczna znajduje się na półkuli południowej w archipelagu Szetlandów Południowych, na wyspie Króla Jerzego. Znajduje się ponad 14 tysięcy km od Polski. Jej powszechna nazwa  „Arctowski” pochodzi od imienia Henryka Arctowskiego – polskiego podróżnika i polarnika. Została uruchomiona 26.02.1977 roku, a jej powstanie było efektem pierwszej samodzielnej ekspedycji, która wyruszyła do Antarktyki w 1975 roku. Dzięki założeniu stacji Polska stała się trzynastym, pełnoprawnym członkiem Traktatu Antarktycznego,  czyli umowy  regulującej status tego nienależącego do nikogo terenu. Głównym celem paktu jest takie pokojowe wykorzystanie lądolodu, aby nigdy nie stał się przyczyną międzynarodowych konfliktów. Badania mają być efektem współpracy, a wyniki ogólnodostępne dla wszystkich. Opiekę nad Stacją „Arctowski” sprawuje Zakład Biologii  Antarktyki Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN.  

Stacja „Arctowski”

Placówka na której dokonuje się badań z dziedzin takich jak min.  oceanografia, geomorfologia, glacjologia czy sejsmologia potrzebuje nowej placówki. Przez blisko 40 lat polscy badacze korzystali głównie ze stalowych hal i domków kontenerowych. Lata mijały a stacja zrobiła się za ciasna i za mało nowoczesna.  Przestała spełniać współczesne oczekiwania. Nowy budynek projektowany przez architektów z Kuryłowicz&Associates musi spełniać także dodatkowe normy. Projekt musi być dostosowany do panujących na stacji warunków meterologicznych i geograficznych. Architekci musieli dokonać szeregu skomplikowanych obliczeń,  prognoz i badań. Mieli też okazje osobiście ocenić warunki panujące na wyspie Króla Jerzego i zaobserwować swoisty klimat i przyzwyczajenia mieszkańców stacji. Dzięki temu powstał projekt trzypiętrowego budynku o powierzchni 1300m2, który pomieści 16 pokoi mieszkalnych, a także wiele pomieszczeń wspólnych. Najciekawszą atrakcją będzie jednak wybudowanie szklarni, w której mieszkańcy stacji będą mogli hodować rośliny i warzywa przy udziale słońca lub sztucznego światła. Energię do  budynku dostarczać mają turbiny wiatrowe, bo wiatr na Antarktyce osiąga nawet do 290 km na godzinę. Budynek zostanie przetransportowany na Antarktykę w formie modułów drogą morską i tam złożony. Jego opływowy kształt ma pomóc przy silnych porywach wiatru, a  ustawienie względem kierunków świata – odpowiednie nasłonecznienie wnętrz stacji.

Warunki pogodowe na Stacji „Arctowski”:

Taka pogoda bywa często na „Arctowskim”
foto. T. Janecki/ Zdjęcie pochodzi ze strony Stacji.

Średnia roczna temperatura powietrza-2°C 
Najniższa zanotowana temperatura powietrza:-32,3°C
Najwyższa zanotowana temperatura powietrza:+16,7°C 
Największa zanotowana prędkość wiatru:74 m/s 
Średnia roczna prędkość wiatru:8 m/s 
Średnie roczne ciśnienie atmosferyczne:988 hPa 
Najniższe zanotowane ciśnienie atmosferyczne: 938,3 hPa 
Najwyższe zanotowane ciśnienie atmosferyczne:1031,4 hPa 
Średnia roczna wilgotność względna powietrza:81% 
Średnia roczna ilość opadów:510 mm 
Dominujący kierunek wiatru:SW (21,5%)
(dane pochodzą z http://www.arctowski.pl/index.php?p=145) 

Ciągle nie wiadomo, kiedy rozpoczną się prace budowlane.O pieniądze na budowę „nowej” Stacji Arctowskiego Instytut Biochemii i Biofizyki PAN zabiega w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Najwcześniejsza realna data rozpoczęcia budowy to 2020 rok.

Kategorie
Blog

Jan Lechoń – Tragiczny życiorys wybitnego skamandryty

Jeden z najwybitniejszych polskich poetów ubiegłego stulecia. Człowiek o tragicznym życiorysie, ale i nieprzeciętnym talencie. Patriota, który nigdy nie pogodził się z oddaniem Polski pod kuratelę ZSRR i jej późniejszą sowietyzacją.

Lechoń pochodził z tatarskiej rodziny o szlacheckim rodowodzie. Wbrew rozpowszechnianym plotkom, wcale nie miał pochodzenia żydowskiego. Urodził się 13 marca 1899 roku w Warszawie, w rzeczywistości jako Leszek Józef Serafinowicz. Pierwsze utwory poetyckie publikował już w wieku trzynastu lat, dając się poznać jako szkolny poeta. Wtedy ukazał się jego pierwszy tomik, zatytułowany Na złotym polu, wydany nakładem jego ojca. Jako czternastolatek miał już na swoim koncie drugi tomik – zbiór Po różnych ścieżkach zadedykował innemu słynnemu poecie, Leopoldowi Staffowi.

Po ukończeniu gimnazjum, w trakcie Wielkiej Wojny (1916-1918) studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Studiów nigdy jednak nie ukończył. Udzielał się w czasopiśmie Pro Arte et Studio, publikując w nim dziesiątki wierszy i recenzji. Wraz z innymi redaktorami założył słynną grupę Skamander, której nazwę zresztą sam zaproponował, występował także w kabarecie satyryczno-literackim „Pod Pikadorem”. W kameralnej warszawskiej kawiarni o tej samej nazwie czytał swoje wiersze, często przed przypadkową publiką. Wysoki, szczupły i blady, nieco onieśmielony, nie imponował może sceniczną charyzmą, jednak broniła go jego własna twórczość.

Pierwszy poważny debiut Lechonia przypadł na rok 1920, kiedy światło dzienne ujrzał „Karmazynowy poemat”. Na przekór tendencjom panującym wśród Skamandrytów, Lechoń wcale nie zamierzał przemilczeć odzyskania przez Polskę niepodległości, nie chciał zrzucić „płaszcza Konrada”. Wprawdzie to właśnie w tym zbiorze, a dokładniej – w wierszu „Herostrates” padają znamienne słowa: „A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”, z drugiej jednak strony, jest on pełen nawiązań do narodowych mitów, historycznych postaci oraz wzorców. Lechoń nawołuje do zerwania ze wspomnieniami dawnej, wielkiej i szlacheckiej Polski, by zamiast tego skupić się na teraźniejszości. Nie kieruje nim zamiar zerwania z patriotyzmem, a raczej odrzucenie charakterystycznej dla romantyków, cierpiętnickiej postawy. Nie zmienia to jednak faktu, że w licznych utworach Lechonia ta właśnie fascynacja narodowymi mitami i legendami zaznacza się bardzo mocno. Odnaleźć można w nich nawiązania do legendy napoleońskiej, postaci takich jak Zagłoba, Mochnacki, czy Piłsudski, a także do twórczości Wyspiańskiego, Mickiewicza oraz Słowackiego. „Karmazynowy poemat”, jak Lechoń wspominał po latach, rodził się w bólach. Po latach na antenie Radia Wolna Europa wspominał: „Mój wysiłek, nie powiedziałbym świadomy, ale podświadomy, aż do wydania „Karmazynowego poematu” polegał na pokonaniu banalności (…). To mnie skłoniło do tego, żeby starać się być jak najmniej grafomanem, to znaczy pisać jak najmniej. Wierzę w tego demona i doświadczyłem w bardzo przykry sposób jego na mnie wpływu”. Zbiór ten przyniósł Lechoniowi ogromną popularność, a marzenia jego matki, by syn urósł do rangi drugiego Słowackiego, miały coraz bardziej realne podstawy. Ze sławą Lechoń sobie jednak nie poradził, co przyznał po latach. Już jako 20-latek trafił do kliniki w Orłowie, gdzie podczas wakacji przebywał pod opieką samego Stefana Żeromskiego, a niedługo później leczył się w krakowskiej klinice neurologicznej. Stan Lechonia nie poprawiał się jednak – w 1921 usiłował się otruć, jednak ostatecznie przeżył próbę samobójczą. Problemy natury psychicznej odtąd już go nie opuszczały.

Postępująca choroba nie przeszkadzała mu tworzyć. Tom poezji, który przyniósł mu największy rozgłos, Lechoń wydał w roku 1924. „Srebrne i czarne”, bo taki nosi tytuł, został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Dość wspomnieć, że niemal natychmiast po jego publikacji poeta otrzymał nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców. W wierszach, które składały się na zbiór, można zauważyć fascynację śmiercią i grzechem, są przesiąknięte pesymizmem i atmosferą tajemniczości, przy tym jednak zachwycają warsztatowym kunsztem i poziomem ekspresji.

„Srebrne i czarne” przysporzyły i tak znanemu już w środowisku artystycznym Lechoniowi jeszcze większej popularności, z którą poeta jednak nie czuł się najlepiej. Ponadto, nieustannie cierpiał z powodu nawrotów depresji. W rezultacie jako poeta zamilkł i aż do wybuchu II Wojny Światowej nie pisał nowych wierszy. Drugą połowę lat dwudziestych przepracował jako redaktor tygodnika satyrycznego „Cyrulik Warszawski”, pisząc także do „Głosu Prawdy” i „Pamiętnika Warszawskiego”. Wraz z nadejściem 1930 roku dostał otrzymał posadę attache kulturalnego przy polskiej ambasadzie w Paryżu, gdzie przebywał aż do wybuchu wojny.

Dopiero wojenna pożoga i klęska Ojczyzny ponownie obudziła w Lechoniu poetę. Po kapitulacji Francji wyjechał przez Hiszpanię i Portugalię do Brazylii, a stamtąd razem z przyjacielem Julianem Tuwimem dostał się do Nowego Jorku. Obu poetów podzielił stosunek do sytuacji politycznej, w jakiej znalazła się Polska. Lechoń krytykował ideę sojuszu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Radzieckim i nie zamierzał wracać do rządzonej przez komunistów Polski. Jak wiemy, Tuwim zdecydował się na odmienne rozwiązanie, co było dla Lechonia szokiem i powodem do zerwania dalszych kontaktów z dawnym przyjacielem.

Jak wynika z pozostawionych przez Jana Lechonia Dzienników, prowadzonych przez niego za namową jego psychoanalityka, poeta nie czuł się dobrze na emigracji. Stany Zjednoczone nigdy nie pozwoliły poczuć mu się na obczyźnie, jak u siebie w domu. Lechoń nie tylko nie zrywał z przywiązaniem do Ojczyzny, ale i aktywnie działał na jej rzecz. Krótko po przybyciu do USA, nawiązał współpracę Komitetem Narodowym Amerykanów Polskiego Pochodzenia, którego jednym z nadrzędnym celów było zwalczanie prosowieckiej działalności polskich komunistów. Podczas wojny Lechoń wydał dwa tomy poezji. W 1942 opublikował „Lutnię po Bekwarku”, a w 1945 – „Arię z kurantem”. Ogromny wpływ na twórczość Lechonia w tym czasie miała legenda Polskiego Państwa Podziemnego i oporu, jaki stawiło ono okupantom.

Począwszy od 1943 wraz z Kazimierzem Wierzyńskim i Józefem Wittlinem wydawał „Tygodnik Polski”, na którego łamach wielokrotnie pojawiały się antysowieckie materiały, których celem była – jak twierdzili sami redaktorzy – „nieustępliwa walka z wszelkimi formami totalizmu”. Postawa ta jednak nie wszystkim jest w smak – dla przykładu, w 1944 Stanisław Kot, ówcześnie minister informacji emigracyjnego polskiego rządu, cofnął swoje poparcie dla tygodnika. Znamienne, że Kot niedługo później sam wrócił do rządzonej przez komunistów Polski i przyjął posadę ambasadora.

Lechoń nie ustawał w pracy. Współzałożył Polski Instytut Naukowy, na którym później regularnie wykładał. Był stałym współpracownikiem wydawanych w Londynie „Wiadomości Polskich Politycznych i Literackich” oraz Radia Wolna Europa. Na jego antenie wygłaszał płomienne życzenia świąteczne dla represjonowanego Prymasa Wyszyńskiego. Nie szczędzi krytyki osobom ze środowiska artystycznego, którzy nie wykazali się podobną Lechoniowi niezłomnością: „Miłosz brał reżymowe pieniądze wtedy, kiedy rozstrzeliwano najlepszych Polaków, i jeszcze teraz urąga i daje moralne nauki” – mówił, choć adresat tej krytyki nie pozostawał mu dłużny.

Przedłużająca się emigracja, tęsknota za pozostawioną za oceanem Ojczyzną i pojawiająca się coraz częściej krytyka środowiska polonijnego, związana z homoseksualnymi skłonnościami Lechonia, doprowadziły poetę do kolejnego załamania psychicznego, zakończonego owianą tajemnicą, samobójczą śmiercią 8 czerwca 1956 roku, skacząc z 10. piętra hotelu Hudson w Nowym Jorku. Było to mimo wszystko zaskoczenie, Lechoń do końca życia pozostawał aktywnym poetą, na antenie RWE jeszcze kilka lat wcześniej pojawiały się wypowiedzi w tonie pełnym nadziei: „Dane mi było widzieć, kiedy (…) pomniki zostały zburzone i dzisiaj myślę, że nadejdzie chwila, kiedy te pomniki, te gmachy, które są poświęcone władztwu przemocy w Polsce, tak samo zostaną zburzone i że w Warszawie wszystko będzie jak dawniej: Polskie i boże”. Pogarszająca się kondycja psychiczna Lechonia daje się zauważyć w pozostawionych przez niego Dziennikach. Ostatni zapis pochodzi z 30 maja, zaledwie kilka dni przed śmiercią i można w nim przeczytać: „Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu coś co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę z sobą – jest tylko modlitwa”.

Jan Lechoń pozostawił po sobie najskromniejszy dorobek poetycki spośród wszystkich skamandrytów, a jednak nie będzie przesadą stwierdzenie, że był to dorobek najlepszy. Poza licznymi, pięknymi wierszami, pozostawił po sobie niemały dorobek eseistyczny, a na domiar tego – tłumaczenia poezji i sztuk teatralnych Aleksandra Błoka. Był niezwykle wrażliwy, kilkakrotnie podupadał na zdrowiu psychicznym, ponadto zmagał się z homoseksualizmem. Jednocześnie, dał się zapamiętać jako żarliwy patriota i człowiek o żelaznych zasadach, którym pozostał wierny do samego końca.

Kategorie
Blog

Umschlagplatz – z tego miejsca 300 000 polskich Żydów zamieszkujących getto warszawskie wyruszyło w swą ostatnią podróż

Będąc w Warszawie, idąc ze ścisłego centrum w stronę Cmentarza Powązkowskiego, przy ulicy Stawki,  natknąć się można na okazały, biały monument. To pomnik przy Umschlagplatz. Miejsce naznaczone tragedią kilkuset tysięcy polskich Żydów, którzy stąd właśnie wywożeni byli do niemieckich obozów zagłady, przede wszystkim w Treblince.

Jeszcze w latach siedemdziesiątych XIX stulecia przy ulicy Stawki znajdowały się magazyny z bronią, do których w 1876 roku doprowadzono bocznicę kolejową. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę znajdował się tu Dom Składowy Miejskich Zakładów Zaopatrywania Warszawy, a na krótko przed wybuchem wojny w bezpośredniej okolicy wybudowano gmach mieszczący trzy powszechne szkoły.

Przeznaczenie placu przy ul. Stawki zmieniło się podczas II Wojny Światowej. To właśnie w tym miejscu Niemcy wyznaczyli granicę celną getta żydowskiego. Przez Umschlagplatz przechodziły wszystkie towary, będące przedmiotem wymiany handlowej pomiędzy gettem, a stroną aryjską. Począwszy od 22 lipca 1942 roku miejsce to wykorzystywano jako plac służący do selekcji i załadunku ludności żydowskiej, trafiającej następnie do niemieckich obozów zagłady.  Każdego dnia setki mieszkańców getta trafiały na Umschlagplatz, gdzie przez długie godziny oczekiwały na sformowanie transportu.

Umschlagplatz był świadkiem dantejskich scen. Masowo rozstrzeliwano osoby, które nie były w stanie przeżyć trudów podróży. Śmierć ponosili przede wszystkim starcy i kaleki. Z czasem egzekucji było mniej, ale każda próba opuszczenia placu przez osoby uprzednio nań skierowane była bezwzględnie karana. Nadzór nad Żydami przeznaczonymi do transportu sprawowali Niemcy, ukraińskie i łotewskie formacje pomocnicze oraz złożona z Żydów Żydowska Służba Pomocnicza, wykonująca bezpośrednie rozkazy niemieckie. Funkcjonariusze żydowscy, ukraińscy i łotewscy nierzadko brali sowite łapówki w zamian za zwolnienie z placu. Początkowo koszt takiego zwolnienia wynosił 1000, lub 2000 złotych. Z czasem cena wzrosła do 10 000zł. Żydowskie kobiety niejednokrotnie zmuszone były płacić własnym ciałem. Warunki na placu urągały ludzkiej godności. Panował niewyobrażalny ścisk, nie było infrastruktury sanitarnej, a trzeba pamiętać, że był to środek upalnego lata. Jeszcze większą katorgą była podróż do obozu. Niewiarygodnie stłoczeni, zmuszeni do wielogodzinnej jazdy na stojąco, w okropnym upale i duchocie, bez możliwości zaspokojenia najprostszych potrzeb fizjologicznych, udawali się w podróż, która niemal dla wszystkich skończyła się śmiercią.

Dziś w miejscu dawnego placu, na którym odbywały się selekcje Żydów trafiających do obozów zagłady, stoi upamiętniający to tragiczne miejsce monument, zaprojektowany przez Hannę Szmalenberg i Władysława Klamerusa. Pomnik ma postać otoczonej wysokim, czterometrowym murem przestrzeni i przywodzi na myśl otwarty kolejowy wagon. Wewnętrzne ściany zdobi 400 najpopularniejszych przedwojennych imion polskich i żydowskich, co podkreśla wielowiekowe, harmonijne współistnienie obu narodów i kultur. Na bocznej umieszczony został w języku polskim, hebrajskim i jidysz cytat z Księgi Hioba: „Ziemio nie kryj mej krwi, iżby mój krzyk nie ustawał”.

W bezpośrednim pobliżu pomnika znajduje się budynek mieszczący Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. To tu podczas wojny stacjonował oddział SS, który pełnił nadzór nad Umschlagplatz. Nieopodal, na tyłach dzisiejszego Zespołu Szkół Licealnych i Ekonomicznych nr 1 po dzień dzisiejszy znajduje się fragment muru getta, który w latach jego istnienia wyznaczał granicę Umschlagplatzu.

Chcąc zwiedzić współczesną Warszawę, koncentrując się na miejscach martyrologii narodu żydowskiego związanych z założonym tu przez Niemców gettem, najlepiej przemierzyć Trakt Pamięci i Męczeństwa Żydów. Umschlagplatz  stanowi jego zwieńczenie. Piękny, przepełniony wielopoziomową symboliką pomnik jest miejscem zadumy i rozważań nad jedną z największych tragedii, jakie spotkały podczas wojny polskich Żydów.

Kategorie
Blog

[Retro sport] Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym w Oslo 2011 – występy Polaków

Gdyby jeszcze dziesięć lat temu ktoś stwierdził, że Polska będzie jednym z najbardziej liczących się państw na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym, słowa jego byłyby co najwyżej podsumowywane uśmiechem. Jedynym silnym punktem w tej dyscyplinie był wówczas bowiem specjalizujący się w skokach narciarskich Adam Małysz. Tymczasem na mistrzostwa w norweskim Oslo w 2011 roku czekały miliony polskich kibiców. Świetne występy skoczków narciarskich i biegaczki Justyny Kowalczyk na przestrzeni zimowego sezonu rozbudzały nadzieje na dobre wyniki podczas tego najważniejszego – zaraz po igrzyskach olimpijskich – narciarskiego wydarzenia sportowego.

Polska reprezentacja

Udająca się do Oslo na mistrzostwa świata polska reprezentacja liczyła 15 zawodników. Od początku w gronie faworytów do medalu stawiano przede wszystkim Justynę Kowalczyk, która tuż przed mistrzostwami zapewniła drugą (lub trzecią?) z rzędu Kryształową Kulę Pucharu Świata w biegach narciarskich. Do Oslo pojechała w świetnej formie, choć kibice słuszne obawy żywili wobec jej największej konkurentki – Marit Bjoergen, która nie dość, że znajdowała się w doskonałej dyspozycji, to dodatkowo startowała na własnym terenie.

Innym niemalże pewnym punktem w polskiej reprezentacji był Adam Małysz. Orzeł z Wisły dobrze prezentował się w konkursach Pucharu Świata, kilkakrotnie stając na podium i zwyciężając w zawodach w Zakopanem. Z kolei w Kamilu Stochu, który w sezonie 2010/2011 dwukrotnie wygrywał konkursy, upatrywano kandydata na czarnego konia mistrzostw. Konkurencja była silna. W doskonałej dyspozycji od początku sezonu znajdowali się Thomas Morgenstern, Andreas Kofler i Simon Ammann, a także Tom Hilde. Tuż przed mistrzostwami eksplodowali formą Severin Freund i Gregor Schlierenzauer. Niezależnie od tego, sporych nadziei upatrywano w drużynie skoczków, która w trakcie sezonu w zawodach drużynowych w Niemczech zdołała stanąć na najniższym stopniu podium.

Sukcesy Polaków

Jak zawsze, oczekiwania zostały zweryfikowane przez rzeczywistość. Nie wszystko podczas mistrzostw przebiegało po myśli polskich kibiców, ale ostatecznie nasza reprezentacja stanęła na wysokości zadania i przywiozła cztery medale, dwa srebrne i dwa brązowe. Nie udało się niestety żadnemu z naszych reprezentantów stanąć na najwyższym stopniu podium. Konkurencja była silna, a rywalizacja niezwykle zacięta.

Pierwsze srebro dla Polski wywalczyła Justyna Kowalczyk dnia 26 lutego, podczas rywalizacji na dystansie 15km w biegu łączonym. Porzuciła w niepamięć nieudaną próbę zdobycia medalu podczas sprintu i w jednej ze swoich kluczowych konkurencji zajęła drugą lokatę. Poza zasięgiem okazała się norweska maszyna – Marit Bjoergen. Przez większość dystansu Justyna wraz Bjoergen biegły na czele, nawzajem odbierając sobie prowadzenie. Kiedy do mety pozostały niecałe 3 kilometry, na przód wysunęła się inna Norweżka, Therese Johaug. Końcówka biegu należała jednak do Bjoergen, która przypuściła potężny atak. Na metę przybiegła z czasem 38:08.6. Justyna Kowalczyk straciła do niej 7,5 sekundy, a depcząca Polsce po piętach Therese Johaug – 8,8s. Na najwyższym i najniższym stopniu podium stanęły więc Norweżki, rozdzieliła je zaś Justyna Kowalczyk, która swoim srebrnym medalem odnotowała pierwsze znaczące polskie osiągnięcie na tych mistrzostwach.

Jednak nie był to koniec naszych sukcesów tego dnia, gdyż wkrótce po biegu na 15km kobiet odbyły się zawody w skokach narciarskich na średniej skoczni. Zapowiadała się tutaj loteria, gdyż na obiektach tej wielkości jeszcze większe znaczenie ma styl skoku oraz warunki, w jakich przychodzi skakać danemu zawodnikowi, zaś odległości często niewiele się od siebie różnią. Tak też było i tym razem.

Po pierwszej serii skoków Adam Małysz zajmował trzecią lokatę, dzięki skokowi na odległość 97,5 metra. Na czele było dwóch Austriaków – Andreas Kofler z odległością 99,5 metra, oraz będący w doskonałej dyspozycji Thomas Morgenstern, który poszybował na dystans 107 metrów. Kamil Stoch zajmował 10 lokatę. W swojej próbie skoczył 94 metry. W drugiej serii Stoch uzyskał lepszy wynik. 101 metrów pozwoliły mu awansować o cztery lokaty i ostatecznie zająć szóste miejsce w konkursie. Prawdziwe emocje czekały polskich kibiców kilka chwil później, gdy na rozbiegu pojawił się Adam Małysz. Próba na odległość 102 metrów i wysokie noty za styl pozwoliły mu wyprzedzić Simona Ammanna i objąć prowadzenie. Orzeł z Wisły miał już gwarantowany brązowy medal i pozostawało mu czekać tylko na próby Austriaków. Niestety dla nas, ani Kofler, ani Morgenstern nie zepsuli swoich prób. Pierwszy z nich zakończył swój udział w konkursie skokiem na 105 metrów, drugi zaś uzyskał 107 metrów. Oznaczało to, że podium nie zmieniło się w stosunku do pierwszej serii. Złoty medal przypadł Morgensternowi, który w dwóch skokach uzyskał łączną notę 269,2pkt. Drugi był Kofler – 260,1pkt, a trzeci rezultat – pozwalający na zdobycie medalu – uzyskał Małysz, zdobywając 252,2pkt.

Kolejne medale – srebrny i brązowy – zdobywała już dla Polski tylko Justyna Kowalczyk. W poniedziałek 28 lutego zajęła ona drugie miejsce w biegu na 10 kilometrów techniką klasyczną. Bieg miał niezwykle dramatyczny przebieg. Polka upatrywała w nim szansy na zdobycie złota i do osiągnięcia celu zabrakło jej tym razem bardzo niewiele. Od początku narzuciła rywalkom niezwykle mocne tempo. Już po pierwszych dwóch kilometrów miała niemal dziesięć sekund przewagi nad drugą Marit Bjoergen. Drugi punkt pomiaru znajdował się dopiero na siódmym kilometrze. Justyna Kowalczyk nie odpuszczała – nadal utrzymywała ponad ośmiosekundową przewagę. Na ostatnim kilometrze przewaga Justyny zaczęła jednak topnieć i skurczyła się do zaledwie dwóch sekund. Polka, biegnąca sama, traciła dużo sił, w przeciwieństwie do Norweżki, która na trasie współpracowała z Włoszką Marianną Longą. Ostatecznie Polka nie utrzymała przewagi i na metę wbiegła ze stratą nieco ponad 4 sekund do Bjoergen. Norweżka, zwykle nie okazując zmęczenia po dobiegnięciu do mety, tym razem długo dochodziła do siebie, wymiotując z wyczerpania. Nie udało się Justynie zdobyć złota, niemniej jednak do medalowego dorobku Polaków dodane zostało kolejne srebro. Łącznie reprezentacja Polski miała wówczas już trzy medale.

Na ostatni medal trzeba było poczekać do 5 marca i do zaplanowanego na ten dzień biegu na 30 kilometrów. Był to ostatni występ Justyny Kowalczyk na mistrzostwach świata, na szczęścia dla nas i dla niej – także zakończony medalowym trofeum. Wszyscy kibice pamiętali rywalizację Kowalczyk i Bjoergen na tym dystansie podczas igrzysk olimpijskich w Vancoouver w 2010 roku. Wtedy górą była Polka, minimalnie wyprzedzając rywalkę i zdobywając olimpijskie złoto. W Oslo sytuacja miała przedstawić się zupełnie inaczej.

Krótko po starcie na czoło biegu wysunęły się trzy zawodniczki – Justyna Kowalczyk, Marit Bjoergen i Therese Johaug. Przez niemal połowę dystansu biegły one równym tempem, sporadycznie wymieniając się prowadzeniem. Jednocześnie jednak przewaga tej trójki nad grupą pościgową rosła wraz z każdym punktem pomiarowym. Około piętnastego kilometra znacznie szybszym tempem pobiegła Therese Johaug. Norweżka wyglądała, jakby w ogóle nie odczuwała zmęczenia, biegnąc i odpychając kijkami tak, jak gdyby przed chwilą wystartowała. Jej przewaga na przestrzeni kolejnych kilometrów rosła. Można było przypuszczać, że tak dynamiczne tempo zemści sie na niej w końcowych fragmentach biegu, jednak gdy na pięć kilometrów przed metą miała ona ponad minutę przewagi nad goniącymi ją Bjoergen i Kowalczyk, zwycięstwo było praktycznie przesądzone. Walka o drugą lokatę miała rozegrać się między Marit Bjoergen a Justyną Kowalczyk, jednak w miarę kolejnych kilometrów nasza biegaczka dawała coraz większe oznaki zmęczenia i na kilka tysięcy metrów przed metą Norweżka zaczęła powiększać przewagę. Ostatecznie Therese Johaug zdobyła złoty medal, uzyskując czas 1:23:45,1. Marit Bjoergen, której w udziale przypadło srebro, traciła do swojej rodaczki aż 44 sekundy, Justyna Kowalczyk zaś miała 1:34.0 straty.

Rozczarowania?

Mimo, iż występ polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata można zaliczyć do udanych, to kibiców spotkały także pewne rozczarowania. Wielu ubolewało z powodu braku medalu z najcenniejszego kruszcu. Konkurencja jednak – zarówno dla Adama Małysza, jak i Justyny Kowalczyk – okazała się zbyt silna. Nie udało się polskim skoczkom zdobyć medalu w konkursach drużynowych, choć blisko tego osiągnięcia byli podczas zawodów na dużej skoczni. Konkurs przerwano jednak po pierwszej serii. Powodem miały być złe warunki atmosferyczne, choć w rzeczywistości zawodnicy wszystkich zespołów wyrażali wolę dalszego skakania. W jednym z wywiadów po zawodach, Adam Małysz zauważył, iż podobna decyzja mogła zostać podjęta z korzyścią dla Norwegów, którzy po pierwszej serii zajmowali drugie miejsce i dzięki werdyktowi organizatorów mogli zdobyć srebrny medal. Ostatecznie Polacy uplasowali się na piątej pozycji, z możliwą do odrobienia stratą wobec zajmujących trzecie miejsce Słoweńców.

Mistrzostwa Świata w Oslo pokazały niestety, że poza Justyną Kowalczyk i Adamem Małyszem polskie narciarstwo nie ma zawodników, będących realnymi kandydatami do rywalizowania z najlepszymi. Wyjątkiem jest tu jedynie Kamil Stoch, który podczas zawodów na średniej skoczni znalazł się w czołówce, oraz inny skoczek – Piotr Żyła, który z bardzo dobrej strony pokazywał się zwłaszcza w konkursach drużynowych. Pokazuje to, jak wiele pracy jest jeszcze przed polskimi działaczami, trenerami i zawodnikami, by z kolejnych imprez tego typu wracać z medalowymi trofeami.

Koniec ery Małysza, powracający problem astmatyczek

Mistrzostwa Świata w Oslo zapiszą się w historii narciarstwa jeszcze dwoma innymi kartami. Po raz kolejny bowiem został podjęty temat zawodniczek-astmatyczek biorących udział w biegach narciarskich, którym przepisy pozwalają na zażywanie leków wzmacniających wydajność organizmu. Marit Bjoergen w celu uniknięcia niedomówień już na początku mistrzostw przyznała, że zażywa Symbicort, który dodaje jej około 20% dodatkowych sił. Do grona zawodniczek krytykujących liberalne przepisy ustawy o dopingu dołączyła podczas mistrzostw świata Słowenka Petra Majdić. Po raz kolejny zatem problem leków na astmę wśród biegaczek powraca podczas wielkiej imprezy sportowej. Ciągle jednak nie jest jasne, jak sprawa będzie się rozwijać i czy cokolwiek w tej materii się zmieni.

Dla skoków narciarskich są to historyczne mistrzostwa także z innego powodu. W ich trakcie bowiem Adam Malysz, jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii tej dyscypliny ogłosił zakończenie kariery. O możliwym zakończeniu przygody ze skokami przez Orła z Wisły mówiło się już od dłuższego czasu, on sam zaś postanowił ogłosić decyzję po zdobyciu kolejnego medalu mistrzostw. Wraz z zakończeniem sportowej kariery Małysza kończy się w skokach narciarskich pewna epoka. Dla kibiców i tak okazało się to sporym szokiem, mimo iż większość z nich uszanowała całkowicie decyzję polskiego mistrza. Kończąc karierę Małysz spełnił swoje marzenie, by odejść od skakania w momencie, ciągle będąc na fali i znajdując się w światowej czołówce skoków. Pamiętać trzeba jednak, że Adam to zawodnik wyjątkowy – który od ponad jedenastu lat, jak żaden inny zawodnik, nieustannie znajdował się wśród najlepszych skoczków globu, wielokrotnie odradzający się niczym feniks z popiołów i zdobywający najwyższe trofea nawet wówczas, gdy nikt nie dawał mu szans na kolejny medal czy Kryształową Kulę.

Podsumowanie

Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym w Oslo niewątpliwie można zaliczyć do udanych. Kibice o szczególnie wygórowanych wymaganiach mogliby się ponarzekać, iż nie udało się tym razem zdobyć złotych medali. Tym niemniej, Polacy czterokrotnie stawali na podium, dwa razy zdobywając srebro, a dwa razy brąz i ostatecznie zajmując ósmą lokatę w klasyfikacji medalowej. Były pewne rozczarowana, były jednak i chwile radości, za które naszym reprezentantom wypada w tym miejscu szczerze podziękować. Pozostaje mieć nadzieję, że występy Polaków w mistrzostwach świata za dwa lata okażą się równie udane i będą obfitować w medalowe zdobycze.

Kategorie
Blog

Muzyka filmowa rodem z Polski

Chociaż Polacy mają na swoim koncie całkiem liczne sukcesy w Hollywood, to można odnieść wrażenie, że powszechna wiedza na ich temat jest w dalszym ciągu znikoma. Nie tak dawno temu pisaliśmy o rewelacyjnych polskich operatorach filmowych, zdobywających najbardziej prestiżowe laury i współpracujących z najlepszymi reżyserami zza oceanu. Dziś skupimy się na polskich kompozytorach muzyki filmowej i dowiedziemy, że także na tym polu nasi rodacy notują wspaniałe osiągnięcia.

Henryk Wars

Naszą wędrówkę po historii polskiej muzyki filmowej zaczniemy od Henryka Warsa. To jedna z najbardziej imponujących postaci rodzimej muzyki, doskonale znany kompozytor muzyki rozrywkowej i pionier jazzu. Urodził się w 1902 roku w rodzinie o muzycznych tradycjach. U progu swojej kariery współpracował z tak wybitnymi postaciami, jak Eugeniusz Bodo, Tadeusz Olsza, czy Tadeusz Roland, w późniejszych latach pisał utwory między innymi dla Hanki Ordonówny i Zuli Pogorzelskiej. Był autorem muzyki do ponad 53 filmów, w tym „Szpiega w masce”, „Pawła i Gawła”, „Manewrów miłosnych”, czy pierwszego polskiego filmu dźwiękowego – „Na sybir”. Dał się poznać jako kompozytor szlagierów takich jak „Ach, śpij kochanie”, „Miłość ci wszystko wybaczy”, czy „Już taki jestem zimny drań”. W 1939 roku Henryk Wars wziął udział w wojnie i dostał się do niemieckiej niewoli. Zbiegłszy z niej, przedostał się do Lwowa, gdzie założył polski big-band, a następnie wraz z armią generała Andersa przeszedł szlak bojowy przez Iran, Bliski Wschód i Włochy.

Henryk Wars, 1944

Po wojnie udał się do Los Angeles, gdzie od 1954 roku komponował muzykę do hollywoodzkich produkcji. Twórcy z Krainy Snów szybko poznali się na jego talencie.  Współpracował z wytwórnią Batjac zarządzaną przez Johna Wayne’a, dla którego komponował muzykę między innymi do „Freckles” (1960), „The Little Shepherd of Kingdom come” (1960), czy „Escort west” (1959). Sukcesy te pozwoliły mu rozpocząć współpracę z wytwórnią Universal, która, choć nie płaciła bajońskich kwot za jego utwory, pozwoliła mu rozwinąć karierę. Nie minęło wiele czasu, a pisane przez niego piosenki zaczęły zyskiwać ogromną popularność. Utwory Henryka Warsa wykonywane były przez takie gwiazdy, jak Doris Day, Jimmy Rogers, Bing Crosby i Brenda Lee.  Największej sławy w Hollywood przysporzyła mu jednak muzyka skomponowana do filmu „Flipper” (1963), opowiadającego o przyjaźni nastoletniego chłopca z delfinem.

Bronisław Kaper

Zaszczytne miejsce w zestawieniu najpopularniejszych polskich twórców muzyki filmowej zajmuje Bronisław Kaper. Był synem spolonizowanych Żydów. Już jako mały chłopiec wykazywał ogromny talent do gry na fortepianie. Po krótkim epizodzie na studiach prawniczych, odebrał muzyczne wykształcenie w Warszawskim Konserwatorium. Już jako młodzieniec komponował muzykę dla warszawskich kabaretów. Po wybuchu wojny przedostał się do Paryża, gdzie na jego talencie poznał się Louis B. Mayer. Na przestrzeni kolejnych niemal trzech dekad Kaper skomponował dziesiątki utworów do jego licznych produkcji filmowych.

Bronisław Kaper

W latach 40-tych dostał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie z miejsca rzucił się w wir kompozytorskiej pracy. Początkowo trudno było mu się przebić, jednak przełomowe okazały się jego kompozycje do „Czekoladowego żołnierza” (1941), za które został nominowany do Oscara. Wkrótce jego talent wykorzystano w „The Stranger” Orsona Wellsa i w głośnym horrorze „Them!” w reżyserii Gordona Douglasa. W tym samym roku przekonała się o nim także Amerykańska Akademia Filmowa i za muzykę do filmu „Lili” uhonorowała go Oscarem. Obraz odniósł ogromny sukces. Historia osieroconej dziewczyny, która po miłosnych zawodach wiąże się z teatrem marionetek, szybko podbiła serca amerykańskiej widowni. Muzyka zaś była w tej produkcji o tyle istotnym elementem, że „Lili” była w gruncie rzeczy musicalem. Utwór „Hi-Lili, Hi-Lo”, w Polsce znany pod tytułem „Laleczki, moje laleczki” stał się filmowym szlagierem, który zapewnił Kaprowi ogromną popularność. Na oferty współpracy z największymi nazwiskami Hollywood nie trzeba było długo czekać – w efekcie jeszcze w 1963 uzyskał nominację do Oscara oraz Złotych Globów za muzykę do „Bunt na Bounty”, współpracując z takimi potęgami, jak Warner Bros, Columbia Pictures, czy 20th Century Fox. Choć niemal całe swoje powojenne życie spędził w Ameryce, nasiąkając duchem tego kraju i przyjmując jego obyczaje, nigdy nie wypierał się swojej polskości, a wręcz przeciwnie – była ona jego powodem do dumy. Dość powiedzieć, że jego posiadłość stała się w pewnym momencie miejscem regularnych spotkań artystów przybyłych z Polski.

Zbigniew Preisner

Jednym z najsłynniejszych polskich kompozytorów muzyki filmowej jest Zbigniew Preisner. Urodzony w 1955 roku w Bielsko-Białej, nigdy nie ukończył żadnej szkoły muzycznej. Grać uczył się samodzielnie, ze słuchu odtwarzając wysłuchane nagrania. A jednak, nie przeszkodziło mu to zostać światowej sławy kompozytorem. W 1977 związał się z „Piwnicą pod Baranami”, niedługo później – z Teatrem Starym w Krakowie. Przygodę z kompozycjami filmowymi rozpoczął dopiero u progu lat 80-tych. Debiutem w tej dziedzinie okazała się „Prognoza pogody” w reżyserii Antoniego Krauzego, która z kolei otworzyła mu drzwi do współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, która trwała aż do śmierci tego reżysera w 1996 roku. Jej efektem były kompozycje między innymi do „Dekalogu”, „Podwójnego życia Weroniki”, oraz trylogii „Trzy kolory”.

Zbigniew Preisner

W latach dziewięćdziesiątych sława Zbigniewa Preisnera poczęła wybiegać daleko poza granice Polski. Jego muzyka uświetniła „Prominenta” Johna Irvina, „Skazę” Louisa Malle, „Zabawy w Boga” Hectora Babenco, czy „Elizę” Jeana Backera. W chwili, gdy piszemy te słowa, Zbigniew Preisner ciągle pozostaje aktywnym twórcą, a ma już na swoim koncie dwie nominacje do Złotych Globów (za „Trzy kolory: niebieski” – 1993, oraz „Zabawy w Boga” – 1991) i srebrnego niedźwiedzia na festiwalu Berlinale (za muzykę do filmu „Wyspa przy ulicy Ptasiej” – 1997). Został także dwukrotnie nagrodzony Cezarem za kompozycje do „Elizy” (1995) oraz „Trzy kolory: czerwony” (1994), a trzy razy nominowano go do tej nagrody – za „Tajemnicę” (2007), „Trzy kolory: niebieski” (1993) oraz „Podwójne życie Weroniki” (1991).

Krzysztof Komeda

Krzysztof Komeda znany jest przede wszystkim jako światowej sławy autor standardów jazzowych i polski pionier nowoczesnych odmian tego gatunku. Jego przygoda z muzyką filmową rozpoczęła się na dobre dopiero w 1958 roku, gdy miał już na swoim koncie liczne sukcesy jazzowe. Skomponował wówczas muzykę do „Noża w wodzie” w reżyserii Romana Polańskiego. Nie minęło wiele czasu, a nawiązał współpracę z Andrzejem Wajdą, któremu skomponował utwory do „Niewinnych czarodziejów”, oraz Januszem Morgensternem, czego owocem były wspaniałe kompozycje do filmu „Do widzenia, do jutra”.

Krysztof Komeda (po prawej), na zdjęciu z Markiem Hłasko

Co ciekawe, Krzysztof Komeda na przestrzeni niemal całej swojej kariery współpracował z polskimi reżyserami – poza wspomnianymi wcześniej, byli wśród nich Janusz Nasfeter, Andrzej Kondratiuk, Jerzy Hoffman oraz Jerzy Skolimowski. Jego międzynarodowa sława brała się przede wszystkim z doskonałej twórczości jazzowej, a swoją obecność w Hollywood zaznaczył głównie z racji owocnej współpracy z Romanem Polańskim. Poza wspomnianym „Nożem w wodzie”, Komeda skomponował dla niego utwory między innymi do „Matni”, „Nieustraszonych pogromców wampirów”, oraz „Dziecka Rosemary”. W całej swojej karierze napisał muzykę do 65 produkcji filmowych.

Jan A.P. Kaczmarek

Wśród najwybitniejszych polskich kompozytorów muzyki filmowej znajduje się także Jan A.P. Kaczmarek. Z wykształcenia jest prawnikiem, który na rzecz muzycznej pasji porzucił dobrze zapowiadającą się karierę dyplomatyczną. Już jako dziecko pasjonował się muzyką i tworzył własne kompozycje, a kluczowym momentem w jego życiu, który wpłynął na kształt jego późniejszej kariery, było nawiązanie współpracy z awangardowym „Teatrem Laboratorium” Jerzego Grotowskiego. Współpracował z poznańskim Teatrem Ósmego Dnia, gdzie stworzył Orkiestrę Ósmego Dnia, a także z tamtejszym Teatrem Polskim.

Jan A.P. Kaczmarek

W 1982 odbył swoją pierwszą trasę koncertową po USA i nagrał debiutancki album „Music For The End” w wytwórni Flying Fish Records z Chicago. Po siedmiu latach na stałe osiadł w Los Angeles, a jego twórczość cieszyła się stale rosnącą popularnością. W 1992 roku z rąk nowojorskich krytyków otrzymał nagrodę Drama Desk za najlepszą muzykę teatralną do spektaklu „Tis Pity She’s a Whore”, wystawionego w ramach festiwalu The New York Shakespeare. Od tamtej pory Jan A.P. Kaczmarek coraz chętniej komponował muzykę do hollywoodzkich produkcji. Sukcesy odniesione w tej materii sprawiły, że został członkiem akademii filmowych – amerykańskiej, europejskiej oraz polskiej. Komponował utwory do takich produkcji, jak „Plac Waszyngtona”, „Trzeci cud”, czy „Boże skrawki”. W 2004 roku napisał muzykę do „Marzyciela”, za co został uhonorowany Oscarem, a także nominacją do Złotego Globu. Co ważne, choć nadal nie stroni od współpracy z zagranicznymi twórcami, podtrzymując międzynarodową sławę, to współpracuje również z rodzimymi reżyserami. W ostatnich latach jego kompozycje rozbrzmiewały między innymi w takich produkcjach, jak „Quo Vadis”, „Kto nigdy nie żył”, „Hania”, czy „Tajemnica Westerplatte”.

Wojciech Kilar

Wojciech Kilar

Kompozytorem, który za życia zasłynął jako twórca fenomenalnej muzyki filmowej, był także Wojciech Kilar. Urodzony w 1932 roku we Lwowie, kończył Państwową Średnią Szkołę Muzyczną w Katowicach, ucząc się gry na fortepianie, a zadebiutował w 1947 roku na konkursie Młodych Talentów. Dorobek artystyczny Kilara obejmuje wiele wspaniałych dzieł, które przyniosły mu międzynarodową sławę, my jednak w tym miejscu skupimy się wyłącznie na muzyce filmowej. Skomponował muzykę łącznie do ponad 130 filmów, a wszystko wzięło swój początek w 1958 roku i współpracy z Natalią Brzozowską przy krótkometrażowym obrazie pt. „Narciarze”. Do jego talentu szybko przekonali się wybitni polscy twórcy – Bohdan Poręba, Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi, czy Krzysztof Kieślowski.

Zagraniczni reżyserzy dostrzegli Wojciecha Kilara na dobrą sprawę dopiero u progu lat 90-tych, jednak współpraca z nimi stała się dla kompozytora zarzewiem ogromnych sukcesów. Przepustką do nich były świetne kompozycje do „Dziewiątych wrót” w reżyserii Romana Polańskiego. Ogromnej popularności przysporzyła Kilarowi muzyka do „Drakuli” w reżyserii Francisa Forda Coppoli, a także do „Pianisty”, za którą był nominowany do BAFTy. Mało kto wie, że Kilar o mały włos, a zostałby kompozytorem muzyki do „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Początkowo przyjął on ofertę nowozelandzkiego reżysera, ostatecznie jednak do współpracy nie doszło, gdy polski kompozytor skupił się w owym czasie na realizacji autorskich projektów.

Osiągnięcia Polaków w dziedzinie muzyki filmowej wcale nie są tak skromne, jak mogłoby się wydawać. Nasi rodacy wielokrotnie współpracowali z największymi nazwiskami Hollywood, a efekty bywały naprawdę imponujące. Nie brakuje wśród nich laureatów najbardziej prestiżowych, międzynarodowych nagród, a przecież możemy się pochwalić także pokoleniem młodych, utalentowanych twórców, które – miejmy nadzieję – za lat kilka, bądź kilkanaście, z powodzeniem przejmie schedę po swoich dotychczasowych mentorach i stanie się żywą promocją polskiej kultury.   

Kategorie
Blog

Domowej roboty konfitury, przeciery warzywne i kompoty wciąż popularne. Przygotowuje je 54 proc. Polaków

Ponad połowa Polaków deklaruje, że w ich gospodarstwach domowych przygotowuje się przetwory na zimę. Najczęściej są to osoby po 40 roku życia, mieszkańcy wsi lub małych i średnich miast – wynika z najnowszych badań Barometru Providenta. Robienie zapasów w słoikach to według nich przede wszystkim kwestia przyzwyczajenia i tradycji (59 proc.), a także możliwość przygotowania przetworów ze sprawdzonych przepisów, bez używania konserwantów i sztucznych barwników na bazie produktów z własnej działki (48 proc.).

Do słoików najczęściej trafiają plony z własnej działki i prywatnego ogrodu – 61 proc., oraz grzyby – 53 proc., 41 proc. dokonuje zakupu w sklepach, na bazarach lub targowiskach lub przetwarza dary od rodziny lub znajomych.

– Mamy jesień, a zatem doskonały czas na robienie zimowych przetworów z wykorzystywaniem plonów w postaci owoców i warzyw. W ramach cyklicznego badania Barometr Providenta zapytaliśmy Polaków o to, czy przygotowują na zimę przetwory. Około 55 proc. badanych powiedziało, że faktycznie planuje przygotować na zimę słoiki z różnymi warzywami i innymi dobrami natury – mówi Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska.

Duże znaczenie ma tu m.in. wielkość gospodarstwa domowego. Aż 86 proc. rodzin minimum 4-osobowych przygotowuje zapasy na zimę.

– 30 proc. mieszkańców największych miast oraz 60 proc. mieszkańców wsi deklaruje przygotowywanie przetworów. Podkreślają oni, że chodzi o to, by nie marnować zbiorów, a jednocześnie pielęgnować tradycję. Co ciekawe, aż 17 proc. badanych przygotowuje przetwory, aby podzielić się nimi ze swoją rodziną i znajomymi, czyli pojawia się też taki element społeczny, życia w społeczności – mówi Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Z badania wynika, że przetwory przygotowują przede wszystkim osoby powyżej 40 roku życia – 65 proc. Z jednej strony to wynik gospodarności, z drugiej strony, zwłaszcza w przypadku mieszkańców większych miast może być to również wynikiem mody na zdrowe odżywianie.

– Domowe przetwory i przygotowywanie na zimę słoików wiąże się trochę z tym, że teraz jest moda na zdrowe odżywianie, na naturę, na nieprzetworzone składniki. Sami wiemy dokładnie, co wkładamy do tych słoików, nie używamy sztucznych konserwantów, nie używamy różnych innych substancji wzbogacających smak, zapach bądź przedłużających wartość i długość czasu dostępności tych przetworów – podkreśla Karolina Łuczak.

– Przygotowujemy przetwory, ponieważ uważamy, że receptury, które wykorzystujemy, są niepowtarzalne i nie jesteśmy w stanie kupić w sklepie zamiennika – mówi Przemysław Kasza.

Z badań Barometr Providenta wynika również, że przygotowujący przetwory dzielą się prawie dokładnie na dwie grupy – połowę stanowią osoby, które przygotują symboliczne ilości, połowę – na tyle duże zapasy, że nie będą musieli ich już kupować w sklepie.

Jeśli chodzi o zapasy w słoikach, to w tej kwestii nadal pozostaje również grupa osób nieprzekonanych. Głównym powodem jest brak czasu lub brak umiejętności – po 43 proc. wskazań. Z kolei 11 proc. przyznaje, że brakuje im dostępu do tanich składników.

– Warto też zwrócić uwagę na fakt, że około 20 proc. badanych nie ma gdzie przechowywać tych przetworów. Ten element ekonomiczny, takie przekonanie, że w sklepie można kupić tańsze przetwory, nie jest powszechny, tylko 35 proc. badanych zwróciło uwagę na ten fakt – dodaje Przemysław Kasza.

Kategorie
Blog

Relacje, Inwestycje, Zysk – relacja z InvestCamp

W dniach 17-18 września w pałacu Hanza Palac w Rulewie odbył się kolejny InvestCamp – doroczna konferencja, na której spotykają się członkowie Global Investor Club z Polski i nie tylko.

Global Investor Club to prężnie działający polski klub zrzeszający indywidualnych inwestorów. Jego główną misją jest stworzenie platformy edukacyjnej dla przedsiębiorców i wykorzystywanie zdobytej przez nich wiedzy w praktyce. Co ciekawe, organizacja ma wymiar przede wszystkim praktyczny – każdy może tutaj zaprezentować swój pomysł inwestycyjny i jednocześnie każdy członek klubu może w niego zainwestować.

Relacje, Inwestycje, Zysk   
Zanim jeszcze w sobotni poranek otwarta została część formalna wydarzenia, miałam okazję zamienić kilka słów z uczestnikami eventu. Byli zgodni, że udział w konferencji dał im okazję do lepszego poznania siebie nawzajem, nawiązania relacji, ale także dzielenia się wiedzą, doświadczeniami i pomysłami w zakresie inwestowania.

Już pierwsze wystąpienie wzbudziło na widowni spore zainteresowanie. Prezes Global Investor Club, Mariusz Matrejek, opowiedział, że jednym z powodów dla których wspólnie ze swoją małżonką Elżbietą Maśloch-Matrejek powołał do życia organizację, była chęć stworzenia w Polsce prawdziwej klasy średniej – ludzi świadomie myślących o swoich finansach, którzy dzięki solidnie zbudowanemu fundamentowi finansowemu będą mogli zatroszczyć się o inne dziedziny życia.              

Inwestowanie i zarządzanie             
Przez dwa dni przewinęła się spora grupa prelegentów. Stefan Batory – z wykształcenia matematyk, a z zamiłowania maratończyk i start-upowiec – podzielił się historiami swoich biznesów – iTaxi i Booksy. To co przykuło uwagę słuchaczy to fakt, że zarówno on, jak i inni obecni prelegenci nie wstydzili się mówić o lekcjach, które wynieśli z własnych błędów. W kolejnych panelach pierwszego dnia Dariusz Stasiak (prezes zarządu WPIP) w interesujący sposób podzielił się swoimi doświadczeniami związanymi z sukcesja w aspekcie zmian pokoleniowych, a Tomasz Swieboda z Innovo.vc opowiedział o inwestowaniu w start-upy.  

Michał Prząda, Marketing Manager w Ardor Auctionis

Patyna jest w modzie          
Tajniki inwestowania w zabytkowe samochody zdradził z kolei Michał Prząda. W wypowiedzi nie omieszkał przytoczyć kilku interesujących faktów o elitach poprzedniego ustroju, łącznie z motoryzacyjnymi upodobaniami samego premiera Cyrankiewicza, który już w latach 60-tych jeździł jagurami i mercedesami. Zdaniem Prządy, „patyna jest dziś w modzie” i inwestowanie w zabytkowe samochody ma przed sobą świetlaną przyszłość.

Inwestowanie w nieruchomości kluczem do zbudowania wolności finansowej          
Jak zarabiać na wynajmie dowiedzieliśmy się od Sławka Muturiego, założyciela firmy Mzuri, który zachęca do inwestowania w nieruchomości jako środka do budowania wolności finansowej Polaków.W obliczu zmieniających się trendów i zapatrywań młodych ludzi, którzy coraz częściej nie chcą lub nie mogą mieszkać w jednym miejscu, biznes związany z zakupem mieszkań na wynajem wydaje się być dobrą lokatą kapitału ze stałym i przewidywalnym zyskiem. Najemcy o wiele rzadziej bankrutują, chociażby dlatego, że wynajem mieszkań w dalszym ciągu generuje wyższe stopy zwrotu, aniżeli bankowe depozyty.

Sławomir Muturi, założyciel firmy Mzuri

Najnowsze dziecko Global Investor Club
Wieczorem przyszedł czas na mniej formalne kontakty. To dzięki nim w Global Investor Club rodzą się ciekawe projekty inwestycyjne. Nie inaczej było i tym razem, bo nazajutrz można było usłyszeć o „najnowszym dziecku” klubu inwestora -„Polish Yacht Club”, czyli inwestycji w jachty.

Kolejny dzień to spora dawka inwestycyjnej wiedzy o zarządzaniu najmem lokali komercyjnych, inwestycjami w domeny internetowe, farmy wiatrowe, wino, grze na giełdzie, czy kwestiach prawno-podatkowych.

InvestCamp to konferencja, która motywuje do działania i tworzy kulturę biznesu. Uczestnikami byli ludzie młodzi i starsi, mniej i bardziej majętni. Global Investor Club to miejsce zarówno dla wyjadaczy, jak i osób chcących zacząć inwestować. To co ich łączy to chęć budowania swojego majątku i dzielenia się wiedzą z innymi.

Kategorie
Blog

Nowe inwestycje na Zachodniopomorskim Szlaku Żeglarskim

Wybrzeże Bałtyku od dłuższego czasu pozostaje w centrum uwagi turystów z Polski i zagranicy. Wzrost zagrożenia terrorystycznego w popularnych niegdyś kurortach we wschodniej części Morza Śródziemnego sprawił, że miłośnicy nadmorskiego wypoczynku ponownie zainteresowali się polskim morzem. Trend ten nie omija też pasjonatów żeglarstwa, którzy z roku na rok coraz chętniej korzystają z udogodnień Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego.

Zachodniopomorski Szlak Żeglarski liczy 380 kilometrów i biegnie główną drogą wodną z Berlina na Bałtyk. Składa się na niego sieć portów i przystani jachtowych, ulokowanych pomiędzy Gryfinem nad Odrą, poprzez Szczecin, Zalew Szczeciński i Zatokę Pomorską, aż po wybrzeże morskie w Darłowie. Pod względem wartości turystycznej jest coraz bardziej liczącym się konkurentem szlaków mazurskich. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, gdyż jest to atrakcja unikatowa na skalę europejską. Nigdzie indziej na naszym kontynencie nie ma bowiem takiej lokalizacji, gdzie w jednym miejscu znajduje się wielkie jezioro, ogromny zalew i morze.

Porty mieszczące się na szlaku są od siebie oddalone o nie więcej niż 35 mil morskich, czyli równowartość zaledwie kilku godzin żeglugi. Sprawia to, że szlak jest stosunkowo bezpieczny i stanowi atrakcję nie tylko dla wytrawnych żeglarzy, ale i dla osób o mniejszym doświadczeniu, którzy mogą płynąć niespiesznie od portu do portu, zwiedzając kolejne atrakcje polskiego wybrzeża.

W minionych latach dokonała się kompleksowa modernizacja infrastruktury na Zachodniopomorskim Szlaku Żeglarskim. Nowoczesne mariny i porty turystyczne powstały w Wapnicy, Wolinie, Kamieniu Pomorskim, Niechorzu, Mielnie, Darłowie oraz Kołobrzegu.

Na tym jednak inwestycje się nie kończą. W chwili, kiedy piszę te słowa, zatwierdzono dofinansowanie ze środków UE infrastruktury żeglarskiej w portach w Szczecinie, Trzebieży i Dziwnowie. Łączna wartość inwestycji wyniesie ponad 20 milionów złotych. W rezultacie, przybędzie pomostów, zapleczy sanitarnych i socjalnych, slipów do wodowania łodzi oraz stanowisk do mycia jachtów. Rozbudowa portu w Dziwnowie zakończy się w czerwcu 2018 roku, natomiast portów w Szczecinie i Trzebieży – pod koniec 2018 roku. Z pozyskanych środków powstaną także przystanie jachtowe w Mrzeżynie i w Łunowie niedaleko Świnoujścia, a także centrum turystyki i rekreacji w Dźwirzynie.

Kategorie
Blog

Rekordowe skakanie w Vikersund. Zwycięstwo Stocha, rekord Polski Żyły

Miniony weekend zapisze się piękną kartą w historii polskich skoków narciarskich. Tuż przed zakończeniem Pucharu Świata Kamil Stoch w pięknym stylu zwyciężył na skoczni w Vikersund i zbliżył się do prowadzącego w klasyfikacji generalnej Stefana Krafta. Dzień wcześniej najdłuższy skok w polskich dziejach tej dyscypliny oddał Piotr Żyła, który poszybował na odległość 245,5 metra!

Tryumf Stocha

Wielkim przegranym okazał się Andreas Wellinger. Przed rozpoczęciem konkursu Niemiec był liderem Raw Air. Po pierwszym skoku jego przewaga nad Kraftem wzrosła o dodatkowe 8,3 punktu, jednak w finałowej próbie Wellinger totalnie zepsuł swój skok, osiągając zaledwie 166 metrów. Pozwoliło mu to na zajęcie zaledwie 18. miejsce i spowodowało spadek na trzecie miejsce w klasyfikacji norweskiego turnieju.

Kamil Stoch po pierwszej serii był drugi i do Wellingera tracił zaledwie 0,6 punktu. W drugiej wicelider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata skoczył na odległość 237 metrów, kompletnie deklasując rywali. Jego największy rywal, Stefan Kraft, zepsuł swoją próbę, lecąc „zaledwie” na 215 metr. Austriak zajął ostatecznie piątą pozycję, przez co Kamil Stoch zyskał w klasyfikacji generalnej 55 punktów. Obecnie traci do Krafta tylko 31 punktów, co zapowiada niezwykle ciekawą walkę podczas zbliżających się wielkimi krokami, kończących sezon zawodów w Planicy.

Rekord Żyły

Wydarzeniem, o którym grzechem byłoby nie wspomnieć, był sobotni konkurs drużynowy. Biało-czerwoni po raz kolejny potwierdzili świetną dyspozycję i zajęli w nim drugą pozycję, ustępując jedynie reprezentacji Norwegii. Nasi rywale w Pucharze Narodów, Niemcy i Austriacy, musieli zadowolić się dalszymi lokatami.

Dla polskich skoków konkurs ten miał jednak o tyle wyjątkowe znaczenie, że w jego trakcie Piotr Żyła dwukrotnie bił rekord kraju w długości lotu. W poprzedzającym zawody treningu Polak skoczył na odległość 243 metrów, a podczas konkursu poszybował 245,5 metra! Chwilę później tylko metr bliżej wylądował inny z biało-czerwonych, Maciej Kot, bijąc o 13,5 metra własny rekord życiowy. „Życiówkę” poprawił także Kamil Stoch, który w drugiej serii konkursu drużynowego skoczył 243 metry. To o 5 metrów dalej, niż dotychczasowy najlepszy rezultat wicelidera klasyfikacji generalnej.

Nadzieje przed Planicą

Już w najbliższy weekend odbędą się zawody w słoweńskiej Planicy. Na fanów skoków narciarskich czekają dwa konkursy indywidualne i jeden drużynowy. Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że w tym roku to biało-czerwoni będą cieszyli się ze zwycięstwa w Pucharze Narodów. Znacznie więcej emocji budzić będzie rywalizacja Kamila Stocha ze Stefanem Kraftem.

Czy Polak, który w tym sezonie był zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni, zdoła wyprzedzić świeżo upieczonego tryumfatora cyklu Raw Air? Przekonamy się już za kilka dni!

Kategorie
Blog

Orła wrona nie pokona! – recenzja powieści „Wroniec” Jacka Dukaja

Gdyby zapytać polskich miłośników fantastyki o najwybitniejszego rodzimego pisarza tego gatunku, znaczna część z nich bez wahania wskazałaby Jacka Dukaja. Każda książka tego autora, sześciokrotnie uhonorowywanego Nagrodami im. Janusza A. Zajdla, a w 2009 roku Europejską Nagrodą Literacką, jest z niecierpliwością wyczekiwana przez nich niecierpliwie wyczekiwana. Nie inaczej było z „Wrońcem”.

Głównym bohaterem jest mały chłopiec imieniem Adaś, którego ojciec pewnego grudniowego poranka znika, porwany przez wielkiego, czarnego Wrońca. Wkrótce służące ptaszysku Suki porywają także pozostałych bliskich, a chłopiec trafia pod opiekę pana Jana. Adaś zrobi wszystko, by wyrwać swoją rodzinę ze szpon Wrońca. Może liczyć na wsparcie Pozycjonistów i Opornych. Jednak stawienie Oporu okazuje się niezwykle wymagającym zadaniem. Zwłaszcza, że ulice usłane są niebezpiecznymi Milipantami i Bubekami, każdy napotkany przechodzień może okazać się Podwójnym Agentem, zaś przerażająca Maszyna-Szarzyna zalewa swą Szarością ogół Bywateli.

Opowiadając o początkach stanu wojennego, Jacek Dukaj obiera manierę mrocznej, miejscami nieco psychodelicznej baśni. Styl narracji, jak również nastrój towarzyszący lekturze, przywodzi na myśl pamiętną „Koralinę” Neila Gaimana. „Wrońcowi” trwogi i powagi dodaje jednak fakt, że traktuje o zdarzeniach, które faktycznie miały miejsce. Owszem, Dukaj posługuje się licznymi symbolami i baśniowymi metaforami, a krwawą rzeczywistość tamtego okresu ubiera w takie szaty, by książka była przystępna także dla najmłodszego czytelnika. Jednak nawet wybierając taką formę, autor zdołał wykreować niemalże namacalną atmosferę powszechnego strachu, niepewności i zaszczucia. Tę samą, którą starsi adresaci powieści być może pamiętają, zaś młodsi mogą sobie wyobrazić, czytając świadectwa osób represjonowanych w tamtych dniach przez reżim komunistyczny.

Na odwrocie okładki „Wrońca” widnieje informacja, iż jest to książka „o Adasiach i dla Adasiów”. Dukaj zastosował jednak liczne odniesienia do konkretnych osób i wydarzeń oraz gry językowe nawiązujące do elementów rzeczywistości sprzed ponad trzydziestu lat. Z tego powodu treść i wymowa powieści zostanie w pełni zrozumiana przez osoby będące wspomnianymi „Adasiami” w okresie stanu wojennego lub żywo zainteresowane historią. Wśród najbardziej czytelnych fragmentów wyróżnić można wzmiankę o „panu w mundurze, z wielką głową i w wielkich okularach” bądź sugestię, iż najoporniejszy z Opornych koniecznie musi być Elektrykiem. Podobnych, nie zawsze równie oczywistych, odniesień jest we „Wrońcu” bardzo wiele.

Na osobną uwagę zasługuje oprawa graficzna książki, za którą odpowiada Jakub Jabłoński. Jego autorskie ilustracje, bogato zdobiące kolejne karty powieści, stanowią nie tyle uzupełnienie czy urozmaicenie lektury, co jej ważną, integralną część. Wyobrażenia postaci i monstrów powstałych w wyobraźni Dukaja – równie groteskowe, co zatrważające – budzą skojarzenia z najbardziej ekscentrycznymi animacjami Tima Burtona. Pośród niewielkich, zaledwie półstronicowych obrazków, znajdują się i takie, które zajmują dwie pełne strony. To właśnie one, przyozdobione cytatami z książki, a niekiedy kuriozalnymi pieśniami wznoszonymi przez bohaterów zbiorowych – takich jak Członkowie, Przechodnie, Pozycjoniści, Bubecy czy Milipanci – są największym atutem wizualnej oprawy książki.

„Wroniec” to książka niezwykła. W wyjątkowy, niespotykany dotąd sposób porusza jedną z najważniejszych, ciągle budzących duże emocje i kontrowersje, kart z najnowszej historii Polski. Powieść jest emocjonująca, wzruszająca, ale i zatrważająca. Zupełnie inna od dotychczasowych dzieł Dukaja, lecz w równym stopniu godna poznania – powinna znaleźć swoje miejsce zarówno w biblioteczkach miłośników rodzimej fantastyki, jak również pasjonatów polskiej historii.

Kategorie
Blog

Gilda Gray – polska królowa shimmy

Myśląc o polskich gwiazdach kina niemego, zwykle przywołuje się rewelacyjną Polę Negri, której międzynarodowe sukcesy i sława nie budzą chyba niczyjej wątpliwości. Mało kto jednak pamięta, że w jej cieniu pozostawała inna wspaniała aktorka i tancerka, Marianna Michalska. Artystka, która w annałach historii Hollywood zapisała się jako Gilda Gray, w swoim życiu przeżyła liczne wzloty i upadki. W swoim czasie jednak nie tylko zachwycała amerykańską publikę, ale też jako Polka z pochodzenia w godzinie próby zdała egzamin z patriotyzmu.

Chociaż niemalże całe życie Michalska spędziła w Stanach Zjednoczonych, to przyszła na świat na ziemiach polskich, 24 października 1901 roku na terenie dzisiejszego Krakowa. Była zaledwie małą dziewczynką, kiedy jej opiekunowie wyemigrowali do USA i osiedlili się w Milwaukee, gdzie trzymali się głównie blisko środowisk polonijnych. Jako nastolatka poślubiła skrzypka Johna Goreckiego, syna Martina Goreckiego, pochodzącego również z Polski przewodniczącego Socjalistycznej Partii Ameryki. Małżeństwo nie przetrwało jednak zbyt długo i w 1923 roku zakończyło się rozwodem. Owocem związku był syn, nazwany Martin od imienia dziadka.

Marianna Michalska już wtedy rozwijała karierę artystyczną. Z Milwaukee przedostała się do Chicago, gdzie zaczęła występować w rewiach i kabaretach. Zasłynęła przede wszystkim jako popularyzatorka dość osobliwego rodzaju tańca, zwanego „shimmy„. Narodził się on krótko po I Wojnie Światowej i często ilustrował występy muzyków jazzowych. Tułów osoby tańczącej pozostawał w bezruchu, podczas gdy ramiona poruszają się naprzemiennie do przodu i do tyłu. Tworzy to imponujący, pełen erotyzmu efekt falujących piersi. Według niektórych, to właśnie Michalska dała początek tej wyjątkowej formie tańca, choć w rzeczywistości pewne jego elementy spotykane były w występach innych artystów. Jednak wszystko wskazuje na to, że to od Polki wzięła się jego nazwa. Podobno pewnego razu, kiedy pytano ją, w jaki sposób wykonuje ten wyjątkowy taniec, miała odpowiedzieć: „I’m shaking my chemise” („Potrząsam swoją koszulą”). Dziś już nie sposób zweryfikować, ile w tym prawdy, choć warto wspomnieć, że przytoczonej anegdocie zaprzeczała swojego czasu sama aktorka.

Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że taniec shimmy w wykonaniu Polki szybko stał się jej scenicznym znakiem rozpoznawczym. Polka zachwycała nie tylko publiczność, ale i grube ryby branży, na czele z Florenzem Ziegfeldem. Odkąd go poznała, nie minęło wiele czasu, a zaczęła regularnie występować w Ziegfeld Follies, niezwykle popularnych teatralnych produkcjach wystawianych na nowojorskim Brodway’u w pierwszych dekadach ubiegłego stulecia. Michalska, znana już wówczas pod pseudonimem Gilda Gray, zyskała wtedy ogromną popularność, wcale nie mniejszą, niż niejedna gwiazda Hollywood. Została gwiazdą sieci teatrów Orpheum. Tysiące zachwyconych jej występami Amerykanów niemal każdego dnia oglądały ją nie tylko podczas jej występów, ale i na okładkach magazynów. Rosnąca popularność przełożyła się na szereg wartościowych angaży. Jednym z ważniejszych była rola Alomy w romansie „Aloma of the South Seas” w reżyserii Maurice’a Tourneura, jednego z najbardziej cenionych twórców kina niemego. Choć stężenie kiczu było w tym filmie zdecydowanie ponadprzeciętne, to okazał się ogromnym sukcesem kasowym, zarabiając ponad 3 miliony dolarów w ciągu zaledwie kwartału od premiery. Naturalną koleją rzeczy były kolejne propozycje, w tym bodaj „Diabelskiej tancerce” Freda Niblo i „Kabarecie” Roberta G. Vignoli.

Niestety, kiedy w 1929 roku wybuchł wielki giełdowy kryzys, Marianna Michalska straciła większość swoich oszczędności. Fatalna kondycja amerykańskiej gospodarki znalazła odzwierciedlenie także w Hollywood, przekładając się na mniejszą liczbę intratnych angaży. Zdołała jednak przetrwać ten trudny okres, występując na deskach nowojorskiego Palace Theatre, gdzie otrzymywała tygodniową gażę w wysokości 3500 dolarów – co, zważywszy na zawirowania rynkowe w tamtym czasie, nie dawało jej powodów do narzekania.

Jeszcze tego samego roku Michalska rozwiodła się z drugim mężem, Gaillardem T. Boagiem. Rozstanie to bardzo ciężko przeszła. Reperkusją niełatwego dla niej okresu był atak serca, który przeżyła w 1931 roku, a który ponownie wyłączył ją na pewien czas z życia scenicznego. Dodatkowym kłopotem było upowszechnienie się dźwięku w kinie, co ujawniło jej charakterystyczny, mocny, polski akcent, niezbyt podobający się publiczności. W 1933 poślubił trzeciego męża, pochodzącego z Wenezueli dyplomatę, Hectora Briceno de Saa. Jednak i ten związek okazał się nieudany, para rozstała się po dwóch latach, a po pięciu oficjalnie rozwiodła.

W 1936 Marianna Michalska dostała angaż do filmu „Wielki Ziegfeld”, w którym zagrała samą siebie. Produkcja odniosła ogromny sukces i została nagrodzona Oscarem dla najlepszego filmu roku. Niestety dla polskiej artystki, sceny z jej udziałem nie pojawiły się w ostatecznej wersji kinowej. Bezskutecznie próbowała odzyskać status gwiazdy. Dużą przeszkodą okazały się problemy zdrowotne. Po raz ostatni zagrała w 1936 roku, na planie musicalu „Rose Marie”.

Co jednak warte zauważenia i podkreślenia, to fakt, że podczas II Wojny Światowej Michalska nie pozostała obojętna na losy pozostawionej za oceanem Ojczyzny i zmagających się z okupantami rodaków. Polskę wspierała finansowo, nie tylko z własnych środków, ale i regularnie organizując zbiórki na ich rzecz. Kiedy w 1953 roku Ralph Edwards w swoim telewizyjnym show „This is Your Life” nakręcił odcinek poświęcony życiu artystki, zwrócił uwagę na jeszcze inny, wyjątkowy fakt. Otóż Michalska doskonale zdawała sobie sprawę, w jak trudnych warunkach przyszło żyć Polakom, którzy po zakończeniu wojny pozostali w kraju. Choć w latach 40-tych sama nie dysponowała już zbyt dużymi środkami, na własny koszt ściągnęła do Ameryki sześciu polskich obywateli, pomogła im odnaleźć się w nowym kraju i wsparła ich edukację.

U schyłku życia Marianna Michalska coraz bardziej podupadała zarówno na zdrowiu. Pogarszała się też jej sytuacja materialna. W 1958 roku miała drugi zawał serca, poprzedzony kilka dni wcześniej poważnym zatruciem pokarmowym. Tym razem był on tragiczny w skutkach. Gilda Gray zmarła, mając zaledwie 51 lat, a pochówek artystki sfinansowała charytatywna organizacja Motion Picture & Relief Fund.

Można się zastanawiać, dlaczego pomimo faktu, że swojego czasu Gilda Gray była prawdziwą gwiazdą Hollywood, a poza tym nie szczędziła sił ani majątku na pomoc Polakom poszkodowanym podczas wojny, dziś pamiętają o niej tylko nieliczni rodacy. Zwłaszcza, że w amerykańskim środowisku filmowym jest ona postacią stosunkowo dobrze znaną. Dość wspomnieć, że jest jedną z nielicznych artystek polskiego pochodzenia, które doczekały się upamiętnienia w słynnej, hollywoodzkiej Alei Gwiazd.

Kategorie
Blog

Hipolit Cegielski – wielkopolski przemysłowiec i społecznik

Do historii przeszedł jako wybitny wielkopolski przemysłowiec i promotor pracy organicznej. Chociaż to od jego nazwiska utworzono w Poznaniu zakłady, które rozsławiły polski przemysł daleko poza granicami kraju, Hipolit Cegielski ciągle pozostaje postacią niewystarczająco znaną społeczeństwu wielkopolski. Mało kto przecież wie, że był on także filologiem i językoznawcą, autorem słynnej „Nauki poezji”, podręcznika, który przez wiele lat kształcił kolejne pokolenia młodych Polaków. Nie bez znaczenia pozostaje też jego oddanie ojczystym sprawom – wolał porzucić zawód nauczyciela i zająć się przemysłem, niż wystąpić w roli donosiciela i kontrolera własnych uczniów, wśród których coraz popularniejsze stawały się idee narodowowyzwoleńcze.

Dzieciństwo i edukacja

Na świat przyszedł 6 stycznia 1813 roku we wsi Ławki. Jego ojcem był Michał Cegielski, dzierżawca folwarku, niezbyt ambitny i przedsiębiorczy. Zupełnie innym człowiekiem była matka – Józefa z Palkowskich, kobieta rozmiłowana w poezji, która miała niemały wpływ na ukształtowanie Hipolita. Niestety wcześnie zmarła, osieracając go jako nastolatka, zaś ojciec zbankrutował. Młody Cegielski – przyszły wybitny filolog i przedsiębiorca – siłą rzeczy musiał się usamodzielnić.

Hipolit Cegielski rozpoczął edukację stosunkowo późno, bo dopiero w wieku 14 lat. Mimo to, nie miał większych problemów z nadrobieniem szkolnych zaległości. Najpierw uczył się w szkole w Trzemesznie. Tam odebrał podstawowe wykształcenie, mieszkając w alumnacie dla ubogich uczniów. Ambicja, która towarzyszyła mu od młodzieńczych lat, nie pozwoliła poprzestać na jednej zaledwie szkole. Już w 1830 roku Cegielski był uczniem poznańskiego gimnazjum imienia Marii Magdaleny, cieszącego się wiekową tradycją i dużym prestiżem. Okazało się, że szkoła trzemeszeńska doskonale przygotowała go do dalszej nauki. W Poznaniu był jednym z najlepszych uczniów w swojej grupie, zawsze pilnym i sumiennie wykonującym swoje obowiązki. Znalazł także sposób na trudną sytuację materialną. Korepetycje udzielane synom co bogatszych ziemian wprawdzie nie pozwalały mu na życie w luksusie, jednak zapewniły środki umożliwiające przetrwanie.

W 1835 roku Cegielski zdał egzamin maturalny, a jako jeden z najbardziej cenionych uczniów szkole miał możliwość wygłoszenia w języku łacińskim mowy De studii philologici praestantia, podczas uroczystości pożegnalnej. 27 października 1835 roku Hipolit Cegielski rozpoczął studia języków klasycznych na uniwersytecie berlińskim. Było to możliwe dzięki rządowemu stypendium, o które wystarał sie dla niego naczelny prezes Księstwa Poznańskiego, Eduard Heinrich Flottwell – prawdopodobnie chcąc wykształcić go na pruskiego urzędnika. Jako stypendysta Hipolit Cegielski musiał raz po raz przesyłać Flottwellowi prace naukowe, nawiązujące tematyką do charakteru swoich studiów. Pewnego razu nadesłał rozprawę poświęconą Janowi Kochanowskiemu i jego stosunku do XVI wieku. Napisana była ona wprawdzie po niemiecku, jednak Cegielski przyznał się w niej do swojej polskości. Było to o tyle ryzykowne, że był przecież materialnie zależny od Flottwella, gorliwego germanizatora. Zastrzegł – prawdopodobnie w celu zmylenia swojego protektora i uniknięcia przykrych konsekwencji – że praca posiada taki a nie inny charakter, gdyż w przyszłości byłby gotów do objęcia posady nauczyciela języka polskiego. Szczęśliwie Flottwell nie zgłosił wobec rozprawy zastrzeżeń, a mało tego – nie protestował, kiedy Cegielski opublikował swoje dzieło na łamach leszczyńskiego Przyjaciela Ludu, tłumacząc je uprzednio na język polski.

Kariera pedagoga

Pomimo, że Hipolit Cegielski otrzymywał rządowe stypendium, jego sytuacja materialna pozostawała trudna. Dlatego też ponownie oferował swoje usługi w charakterze korepetytora. Prywatnych lekcji udzielał między innymi Wandzie Radziwiłłównie – córce dawnego namiestnika Księstwa Poznańskiego, oraz młodemu księciu Augustowi Sułkowskiemu. Nauczając Polaków na obczyźnie, starał się możliwie najbardziej pielęgnować ich związki z polskością. Patriotyzm Cegielskiego, jego działalność społeczna i przywiązanie do ojczystej kultury stopniowo zaczęły budzić niepokój we Flottwellu. Pogorszenie relacji między oboma panami przypadało jednak na schyłek studiów Cegielskiego. W 1840 nastąpiła jego promocja doktorska. Napisał pracę De negatione, pod kierunkiem Franza Boppa. Następnie czekały go egzaminy nauczycielskie, które zdał, jednak nieco poniżej oczekiwań. Dały mu one uprawnienia do nauczania poszczególnych przedmiotów w klasach niższych i średnich, nie uzyskał jednak wyników uprawniających do nauczania w klasach wyższych.

Wkrótce po uzyskaniu dyplomu powrócił do Poznania, gdzie znalazł zatrudnienie jako nauczyciel w gimnazjum im. Marii Magdaleny – tym samym, w którym uczył się przed laty. Cegielski miał opinię świetnego pedagoga i nauczyciela. Posiadał ogromną wiedzę w tematach, które wykładał, cechował się też wysoką kulturą osobistą i uczciwością w stosunku do uczniów. Jako nauczyciel był wymagający, lecz przy tym życzliwy. Nie pozwalał sobie jednak na spoufalanie z podopiecznymi. Świetnie scharakteryzował to Marceli Motty, z którym Hipolit Cegielski przez trzy lata pracował w gimnazjum:

potrafił sobie zapewnić ich [uczniów] posłuszeństwo i uszanowanie poważnym, nawet surowym wzięciem, ale co do formy zawsze przyzwoitym. Trzymał ich, że tak powiem, z daleka od siebie, i każdy zakus z krnąbrności lub nieprzyzwoitości, wystawiając go na śmieszność, karcił tak niemiłosierną ironią, iż niszczył od razu wszelkie zachcianki oporu. Wymagając od uczniów ścisłego odrabiania zadań, sam zaś nie szczędząc pracy domowej, aby przedmiot w klasie gruntownie wytłumaczyć i objaśnić, otrzymywał nie tylko w ogóle pomyślne rezultaty naukowe, lecz chłopców żywszego pojęcia i moralnie lepiej usposobionych pociągał za sobą i rozbudzał w nich upodobanie do nauk. Podbijał ich prócz tego rzetelnością w każdym słowie i objawianiem wstrętu do wszystkiego, co choćby nawet w drobnostkach na fałsz lub obłudę zakrawało, a wreszcie wpływ na nich wywierał stanowczy przez gorące przywiązanie do wszystkiego, co narodowe, i przez zapał, z którym dzieła poetów polskich rozbierał i literaturę polską wykładał

 Cegielski dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków, a po części było tak dlatego, iż był pasjonatem tematów, którymi się zajmował. Cieszył się życzliwą opinią przełożonych, nawet tych, którzy zwykle skąpili pochlebstw – tak było chociażby w przypadku księdza doktora Jakuba Prabuckiego, który od 1841 roku pełnił funkcję dyrektora gimnazjum. Twierdził on, iż Cegielski był bardzo obowiązkowy i punktualny w służbie, w użyciu dyscypliny dość zręczny, stąd przez uczniów szanowany.

Twórczość Cegielskiego

W 1841 roku Cegielski ożenił się z Walentyną Motty. Miał z tego małżeństwa trójkę dzieci – Stefana, Karolinę i Zofię.  Świetnie godzić pracę w charakterze nauczyciela z rolą żywiciela rodziny oraz działacza społecznego i kulturalnego. Jednym z pism, do którego pisywał artykuły, był Orędownik Naukowy. Przyjaźnił się z innymi redaktorami i w 1846 roku miał nawet objąć redakcję pisma, jednak tumulty polityczne skutecznie udaremniły ten zamiar. Pisał także do wspomnianego już wcześniej Przyjaciela Ludu, a także do Dziennika Poznańskiego oraz Gazety Polskiej – tej ostatniej zresztą był twórcą i wieloletnim redaktorem.

Jeszcze przed rokiem 1846, w którym nastał przełom w życiu Hipolita Cegielskiego, napisał on wybitne dzieło, które swoim wpływem obejmowało jeszcze wiele następnych pokoleń. Rok 1845 był rokiem wydania najważniejszego dzieła Hipolita Cegielskiego. Książka nosiła tytuł Nauka poezji zawierająca teorię poezji i jej rodzajów oraz znaczny zbiór najcelniejszych wzorów poezji polskiej do teorii zastosowany i składała się z dwóch części. W pierwszej autor zawarł informacje dotyczące historii poezji oraz drogi jej rozwoju na przestrzeni epok. Druga część stanowiła natomiast antologię najważniejszych wierszy polskich poetów, począwszy od Jana Kochanowskiego. Spośród poetów czasów stanisławowskich, Cegielski przypomniał w swoim dziele o takich twórcach, jak Ignacy Krasicki, Adam Naruszewicz, Julian Ursyn Niemcewicz, Franciszek Karpiński, Stanisław Trembecki, Tomasz Kajetan Węgierski, i Franciszek Dionizy Kniaźnin. Zdecydowaną większość stanowili zaś poeci okresu romantyzmu – czasów, który Cegielskiemu były współczesne. Książka ta jeszcze przez długi czas odgrywała ogromną rolę w kształtowaniu świadomości narodowej Polaków i umożliwiała młodym Polakom kontakt z ojczystą kulturą.

Jak twierdzi Lech Słowiński, autor jednej z wielu biografii Hipolita Cegielskiego: „Nauka poezji” nie była zresztą zwykłym podręcznikiem szkolnym, lecz po prostu książką do czytania, szanowaną i czczoną w każdym patriotycznym domu polskim jako niemalże biblia narodowa. ” Dzieło to było czytane nie tylko w Wielkopolsce i na ziemiach polskich zagarniętych przez Prusy, ale i na terenie pozostałych dwóch zaborów, mimo, iż zarówno Rosjanie, jak i Austriacy surowo zabraniali jego lektury. O popularności książki najlepiej jednak świadczy fakt, iż tylko za życia autora doczekała się czterech wydań, a po jego śmierci jeszcze przez długi czas stanowiła ważną lekturę w każdym polskim domu, w którym pielęgnowało się patriotyczne tradycje. Nauka poezji, jako najobszerniejsze, najdojrzalsze i najbardziej wiekopomne dzieło Cegielskiego, zamyka jednak okres jego twórczości naukowej.

Działalność patriotyczna i związane z nią represje

Rok 1846 przyniósł nieoczekiwany zwrot w życiu Cegielskiego. Przypomnijmy, iż był to okres tuż przed Wiosną Ludów, w którym coraz żywsze były nastroje patriotyczne, które ogarniały znaczne masy społeczeństwa. Szczególnie podatna na patriotyczne idee, jak również aktywna w działaniach konspiracyjnych była polska młodzież. Kiedy więc w Poznaniu wybuchło powstanie wielkopolskie, władze pruskie podejrzewały, że wśród starszych uczniów gimnazjum im. Marii Magdaleny mogą być osoby działające w antypruskiej konspiracji. Wówczas nakazały nauczycielom przeprowadzać rewizje w mieszkaniach uczniów, w poszukiwaniu broni oraz osób związanych z ruchami narodowowyzwoleńczymi. Cegielski sprzeciwił się temu nakazowi, twierdząc, że jako nauczyciel i Polak nie może posłuchać tego rozkazu, a to zarówno ze względu na uczniów, jak i na społeczeństwo polskie. Wobec nalegań władz pruskich i ponownej odmowy Cegielskiego, rewizja została przeprowadzona bez ich udziału, a jej skutek nie był dla Prusaków zadowalający – tylko u jednego z uczniów została znaleziona broń.

Za odmowę wykonania poleceń władz pruskich, Hipolit Cegielski został zawieszony w obowiązkach służbowych. Wprawdzie próbował jeszcze odwoływać się od tej decyzji, argumentując, że czynności takie jak przeprowadzanie rewizji nie przystoją nauczycielom i są raczej domeną funkcjonariuszy policji, jednak nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Zaproponowano mu przeniesienie się na Śląsk, lecz odrzucił tę ofertę, uważając, że w żaden sposób nie złamał on obowiązującego prawa. Zrezygnował ostatecznie z dalszego nauczania młodzieży, próbując odnaleźć się w innej roli.

Pierwsze kroki w biznesie

Hipolit Cegielski z właściwą sobie energią wziął się do działania. Mając na utrzymaniu żonę i dziecko był świadom, że prędko musi znaleźć nowy fach, aby móc zapewnić byt swojej rodzinie. Udał się do Berlina, na trwające siedem tygodni praktyki do firmy zajmującej się żelazem i jego obróbką, prowadzoną przez Jakuba Ravenego. Po powrocie do Polski, jeszcze we wrześniu 1846 roku, zdecydował się otworzyć niewielką działalność gospodarczą w poznańskim Bazarze. Był to pierwszy polski skład żelaza i narzędzi rolniczych. Początki, jak to zwykle bywa w biznesie – były niełatwe. Start był możliwy w dużej mierze dzięki wsparciu finansowemu ze strony przyjaciół Cegielskiego, jak również dzięki środkom, które zdołał zgromadzić jeszcze jako nauczyciel.

Pomnik Hipolita Cegielskiego w Poznaniu

Działalność gospodarcza okazała się jednak trudna. Cegielski to radził sobie dobrze, to wisiała nad nim groźba bankructwa. Mimo to cały czas udawał się na różnego rodzaju wystawy i targi rolnicze, dzięki czemu nieustannie pozostawał „na czasie”, jeśli chodzi o nowinki w branży, w której przyszło mu działać. Nie brakowało też problemów natury politycznej. Dla przykładu, kiedy Europę ogarnęła Wiosna Ludów, przez jakiś czas zakazano handlu kosami, w obawie, że mogą one posłużyć za broń polskim powstańcom. Chociaż nierzadko pojawiały się tego typu kłopoty, do asortyment Cegielskiego stale się zwiększał. Przedsiębiorstwo z czasem oferowało już siewniki do zbóż, pługi, brony, zgłębiaczy, radła, sieczkarnie, śrutowniki i żelazne piece. Znaczną część klientów stanowili wielkopolscy ziemianie. Tymczasem krótko po tym, jak skończyła się zawierucha spowodowana Wiosną Ludów, biznes Cegielskiego rósł w siłę i powoli doganiał, a niekiedy nawet wyprzedzał konkurencję. Przedsiębiorstwo robiło się coraz większe i przynosiło znaczne zyski, co pozwoliło właścicielowi na zwiększenie zatrudnienia i założenie około 1850 roku warsztatu reparacyjnego, który uznać można za zalążek przyszłej fabryki.

Fabryka narzędzi Hipolita Cegielskiego powstała w 1855 roku, niedługo po tym, jak kupił on grunt przy ulicy Koziej. Krótko po powstaniu pracowało w niej już 80 robotników, jednak kiedy Cegielski zakupił grunty przy ulicy Strzeleckiej – gdzie niedługo później powstała odlewnia – zatrudnienie dodatkowo wzrosło. W roku 1859 Cegielski zatrudniał 160 osób, a w 1861 było to już 260 ludzi. W związku z powstaniem styczniowym zatrudnienie spadło, jednak w dniu śmierci właściciela, firma Cegielskiego zatrudniała ponownie ponad 300 osób. Dla porównania, drugi tego typu zakład – niemieckie przedsiębiorstwo Moegelina – zatrudniało raptem 70 robotników.

Cegielski okazał się prawdziwym tytanem pracy. Spędzał w fabryce długie godziny, a nawet po powrocie do domu niejednokrotnie zarywał noce, opracowując kolejne narzędzia, które mogłyby ułatwić pracę wielkopolskim rolnikom. Niesamowite, jak człowiek nauki – filolog, językoznawca, człowiek wrażliwy na poezję – w ciągu zaledwie paru lat przechodzi metamorfozę i staje się zdolnym, ambitnym i dystansującym konkurencję przedsiębiorcą. Nowe zajęcie stało się tymczasem jego pasją, a on sam wiedział, że swoją działalnością nie tylko zapewniał byt sobie i swoim pracownikom, ale i przyczyniał się do rozwoju Polski. Tak jak niegdyś publikował często w publicystykę bądź artykuły naukowe, tak teraz na łamach czasopism takich jak Ziemianin czy Przyroda i Przemysł pisał artykuły dotyczące przemysłu maszynowego, stając się pionierem w tej dziedzinie i przekazując trudno zdobytą wiedzę do użytku potomnych. Cegielski był perfekcjonistą. Pragnął, by oferta jego przedsiębiorstwa była konkurencyjna nawet wobec zakładów spoza ziem polskich i Prus. Stąd z zaangażowaniem czytał i analizował katalogi zagranicznych firm, a także ściągał do siebie ich produkty, próbując poznać ich działanie, a w miarę możliwości udoskonalić.

Warto w tym miejscu przyjrzeć się warunkom, w jakich przyszło pracować robotnikom zatrudnianym w fabryce Cegielskiego. Z pewnością nie był on kierownikiem-opiekunem, kimś na kształt angielskiego socjalisty, Roberta Owena. Tym niemniej, warunki pracy u Cegielskiego były – jak na ówczesne czasy – bardzo dobre. Robotnicy pracowali jedenaście godzin dziennie, przebywając w fabryce od szóstej rano, do godziny osiemnastej. W międzyczasie mieli dwie przerwy na posiłki. Robotnicy mieli kasę zapomogową na wypadek choroby, inwalidztwa lub śmierci. Zdarzało się niekiedy Cegielskiemu nie wypłacić w terminie należnych robotnikom zasiłków, nie były to jednak częste przypadki. Brakuje podań, jakoby przeciwko Cegielskiemu wybuchały jakieś wystąpienia tudzież protesty. Wręcz przeciwnie. Mimo, że właściciel fabryki zachowywał zdrowy dystans do swoich pracowników, nigdy nie zatracając właściwych relacji właściciel zakładu-pracownik, to starał się zapewnić im jak najgodziwsze warunki pracy. Niejednokrotnie ponadto robotnicy uzyskiwali od niego dodatkowe zapomogi w wypadkach losowych, bądź wybierali się na organizowane przez niego wycieczki i zabawy poza granicami miasta. Przy tym wszystkim wśród pracowników Cegielskiego dominowali Polacy, także ci, którzy skompromitowali się wcześniej antypruską działalnością. Pracownikom Cegielskiego nieobcy był więc patriotyzm. Nie tylko pracowali oni mając świadomość, że ich wysiłek spożytkowany jest w imię konkurowania z niemiecką gospodarką, ale i sami angażowali się w aktywność patriotyczną, czego dobrym dowodem może być fakt, iż wielu robotników Cegielskiego zdecydowało się wziąć udział w powstaniu styczniowym.

Umiędzynarodowienie przedsiębiorstwa

Przedsiębiorstwo, prowadzone przez tak ambitnego człowieka jak Hipolit Cegielski, tak nieustannie się rozwijające, wreszcie poczęło znajdować klientów poza granicami zaboru pruskiego. Narzędzia rolnicze rodem z Wielkopolski zaczęły trafiać na Pomorze, Śląsk i do zaboru rosyjskiego. Z czasem przekonały się do nich Rosjanie, Austriacy, a także Niemcy. W chwili, gdy Cegielski umierał, jego przedsiębiorstwo miało składy sprzedające narzędzia nie tylko na terenie Księstwa Poznańskiego i Wielkopolski, ale nawet w Rydze, Petersburgu i Moskwie.

Działalność społeczna Cegielskiego

Nie bez znaczenia była działalność Hipolita Cegielskiego na polu społecznym. Jeszcze przed 1846 roku był członkiem Towarzystwa Pomocy Naukowej, organizacji założonej w 1841 przez Karola Marcinkowskiego, a której zadaniem było udzielanie materialnej pomocy ubogiej, lecz utalentowanej polskiej młodzieży. Cegielski otrzymał w nim stanowisko wiceprezesa, którą to godność utrzymał aż do śmierci, aktywnie działając w stowarzyszeniu. Z dużo mniejszym entuzjazmem przyjął informację o utworzeniu w 1857 roku Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. Chociaż pochwalał ideę przedsięwzięcia – wszak miało ono na celu pielęgnowanie, wzmacnianie i rozwijanie polskiej kultury, nauki i sztuki – to uważał, że panująca ówcześnie sytuacja polityczna nie pozwoli organizacji na rozwinięcie skrzydeł. Mimo, że był członkiem TPN, to nie udzielał się w nim nazbyt aktywnie.

W 1848 roku Cegielski był współzałożycielem Domu Sierot, instytucji pomagającej dzieciom osieroconym w wyniku zarazy. Przez długi czas łożył na nią znaczne sumy, dzięki czemu organizacja mogła stosunkowo sprawnie działać. W 1861 roku patronował ponadto Bankowi Przemysłowców, który udzielał polskim kupcom i rzemieślnikom kredytów na prowadzenie działalności gospodarczej. Oprócz tego, był członkiem Towarzystwa Przemysłowego, Towarzystwa Rzemieślniczego, Towarzystwa Pożyczkowego Przemysłowców Miasta Poznania.

 Osobnych kilka zdań poświęcić należy Centralnemu Towarzystwu Gospodarczemu, którego Hipolit Cegielski od grudnia 1865 roku był prezesem. Skupiało ono najwybitniejszych wielkopolskich ziemian, będąc czołową polską organizacją rolniczą. Przewodząc jej, Cegielski postawił na propagowanie kultury rolnej wśród rolników – zwłaszcza tych drobnych, którym tego typu edukacja była najbardziej potrzebna. Wspierał też budowy bibliotek i szkół rolniczych, a także badania naukowe nad uprawą roślin, które miały przyczynić się do wzrostu wydajności polskiego rolnictwa. Nie kto inny także, jak właśnie Hipolit Cegielski ocalił przed bankructwem pismo Ziemianin, nadając mu formę dodatku do prowadzonego przez siebie Dziennika Poznańskiego.

Niestety jednak Cegielski stosunkowo szybko podupadał na zdrowiu. Był osobą energiczną, żywiołową i ambitną, przez co niejeden raz zaniedbywał się, nie mogąc oderwać od pracy. Wprawdzie w ostatnich latach życia Cegielski udawał się kilkakrotnie do sanatorium w Kissingen i w Kołobrzegu, jednak „wypracowane” wcześniej kłopoty zdrowotne coraz bardziej dawały o sobie znać. Cierpiał na powracające bóle głowy, stopniowo opadał z sił. Wreszcie zachorował na zapalenie płuc, a tej choroby jego organizm nie był już w stanie znieść. Hipolit Cegielski zmarł 30 listopada 1868, w wieku 53 lat, pozostawiając opiekę nad majątkiem i dziećmi swojemu przyjacielowi – Władysławowi Bentkowskiemu. Cegielski spoczął 3 grudnia na cmentarzu świętomarcińskim w Poznaniu, tuż obok swojej żony, która zmarła w 1859 roku – zaraz po urodzeniu trzeciego dziecka – i nieopodal grobu Karola Marcinkowskiego. Grób jednak nie zachował się,  zniszczony przez Niemców w czasie okupacji hitlerowskiej. Symboliczne miejsce pochówku Cegielskiego znajduje się obecnie na poznańskim Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan.

Trudno przecenić znaczenie działalności Hipolita Cegielskiego dla rozwoju rolnictwa, przedsiębiorczości i podtrzymywanie kultury polskiej na terenie wielkopolski. Był człowiekiem niezwykle ambitnym, honorowym i do końca wiernym ideałom. Stanowił przy tym wszystkim wzór polskiego patrioty, choć swoją służbę Polsce traktował nieco inaczej niż wielu współczesnych mu rodaków, przepełnionych romantycznymi ideami. Patriotyzm pojmował na własny sposób, stroniąc od wszelkich ruchów rewolucyjnych i uważając, że podstawowym obowiązkiem Polaka nie jest walka z bronią w ręku, lecz organiczna praca, kultywowanie ojczystego języka, kultury i tożsamości, a także troska o własny rozwój, który w dalszej perspektywie przynosi pożytek całemu narodowi. Warto o takim patriotyzmie pamiętać zwłaszcza dziś, gdy nie znajdujemy się pod jarzmem zaborców i cieszymy się wolnością we własnym kraju.

Kategorie
Blog

Pierwsza supernowa w 2017 roku została odkryta przez Polaków

1 stycznia, kiedy większość z nas odsypiała zabawę sylwestrową, dwóch miłośników astronomii z Polski uruchomiło teleskop w prywatnym obserwatorium Ratinga we Włoszech. W toku obserwacji wykonali serię zdjęć. Na ostatnim z nich zarejestrowano supernową. Jest to pierwszy tego typu obiekt odkryty w 2017 roku.

Informację o odkryciu podała Grupa Robocza ds. Supernowych, działająca przy Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Supernowa otrzymała oznaczenie AT 2017A, a jej wybuch zauważono w galaktyce UGC 10104 w gwiazdozbiorze Korony Północnej.

Supernowa ma jasność 17,4 magnitudo. Magnitudo jest liczbą, która określa jasność obiektu na nocnym niebie. Im liczba ta jest niższa, tym lepiej. Dla porównania – Wenus, gdy jest najjaśniejsze, ma około minus 4,4 magnitudo, a Księżyc w pełni – minus 12,7.

Supernową odkryło dwóch polskich astronomów – Grzegorz Duszanowicz i Michał Żołnowski. Drugi z panów jest właścicielem wspomnianego wcześniej obserwatorium Ratinga w północnych Włoszech. Na swoim koncie ma już kilkadziesiąt odkrytych planetoid. Z kolei w jego prywatnym obserwatorium mieszczącym się na terenie Chile odkryto w 2015 nową kometę. Z kolei dla mieszkającego w Szwecji Duszanowicza noworoczne odkrycie supernowej nie było pierwszyzną – do tej pory Polak zaobserwował już dziesięć tego typu obiektów. Odkrycie supernowej AT 2017A to nie pierwszy owoc współpracy Dusanowicz i Żołnowskiego – do tej pory wspólnie odkryli już trzy inne supernowe.

Kategorie
Blog

Dulszczyzna w pełnej krasie – recenzja filmu „Futro”

Komunia. Białe alby, pierwszy sakrament, ważne wydarzenie duchowe dla każdego małego katolika. Ale jest też inny wymiar tego święta. Komercjalizacja, prześciganie się w kupowaniu jak najlepszych (czytaj – najdroższych) prezentów dla komunikanta, wreszcie – spotkania z rodziną, w obrębie której zwykle pełno jest animozji i z którą, jak głosi stare porzekadło, najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Tomasz Drozdowicz dostrzegł w tym wszystkim idealną scenerię do nakręcenia filmu z gatunku czarnej komedii. „Futro” w jego reżyserii posiada atuty, które czynią tę produkcję godną odnotowania.

Komunijne przyjęcie małego Kuby przyjmuje postać wystawnego garden-party. Szybko jednak okazuje się, że zaproszeni goście tworzą mieszankę wybuchową. W całkiem dosłownym tych słów znaczeniu, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę dwóch uświetniających imprezę, uzdolnionych pirotechnicznie wnuków. Ale są jeszcze pedantyczny szwagier, wyuzdana szwagierka, zięć-fetyszysta i dziadek, który za wszelką cenę chce zrobić wrażenie na pozostałych gościach. Rodzinna uroczystość prędko przeradza się w pole bitwy pomiędzy świętującymi, którzy szybko odkładają na bok konwenanse i pozwalają wziąć górę utarczkom, wzajemnym animozjom i głęboko skrywanym emocjom.

„Futro” w chwili premiery było często porównywane do „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego i wypada z miejsca zaznaczyć, że film Drozdowicza porównania tego nie wytrzymuje. Składa się na to kilka czynników, na czele z bohaterami, którzy w „Futrze” nie są tak niejednoznaczni i wielowymiarowi jak we wspomnianym dziele Smarzowskiego. Jeśli jednak spojrzymy na tę produkcję nie przez pryzmat jakichkolwiek porównań czy odniesień, lecz jak na samodzielny utwór, to spostrzeżemy w nim solidną i przede wszystkim bardzo zabawną komedię, ukazującą w krzywym zwierciadle nowobogackich beneficjentów transformacji ustrojowej. Drozdowicz skłania do socjologicznej refleksji nad polską klasą średnią i jest to refleksja nad wyraz gorzka. Rozbuchany konsumpcjonizm, wzajemna zawiść i niepohamowane pragnienie udowodnienia światu swojego ponadprzeciętnego stanu posiadania to jej chleb powszedni. Nieprzypadkowo osią fabuły uczyniono pierwszą komunię świętą, wydarzenie ważne w religijnym życiu młodego człowieka, będące przecież również okazją do świętowania w rodzinnym gronie. Tymczasem zgromadzeni goście reagują zaskoczeniem, że mały komunikant postanowił zaprosić na uroczystość swoją katechetkę, nieświadomi chyba, że swoim postępowaniem odzierają święto małego Jakuba tak z wymiaru religijnego, jak i rodzinnego.

Atutem „Futra” jest obsada – aktorzy świetnie czują swoje role, a wśród nich w sposób szczególny wyróżniają się Karolina Gruszka i Roma Gąsiorowska. Pierwszej z pań przypadła w udziale postać wspomnianej katechetki – bohaterki z jednej strony niepasującej do reszty zgromadzonego przy uroczystości towarzystwa, z drugiej jednak czarującej choćby za sprawą swoich rewolucyjnych, jak na pełniony zawód, poglądów. Gąsiorowska w „Futrze” to natomiast Olenka, pochodząca z Ukrainy gosposia, dziewczyna prosta, nadgorliwie lojalna względem swoich pracodawców. Jak wielu bohaterów, także i Olenka jest postacią bardzo wyrazistą, w swoich wypowiedziach i reakcjach często przerysowaną, ale w tym właśnie tkwi jej urok. Na tym jednak nie koniec udanych ról – świetnie zaprezentowała się (nie po raz pierwszy i nie poraz ostatni zresztą) Magdalena Boczarska, mocny punkt w aktorskim CV postawią za sprawą „Futra” także Janusz Chabior i Witold Dębicki. W niczym nie ustępują im Dorota Segda oraz Agnieszka Wosińska.

„Futro” nie jest może filmem, który będzie się wspominało po latach z jakimś wyjątkowym sentymentem, ale ma w sobie wszystko, czego potrzeba, by spędzić przed nim przyjemne półtorej godziny. Świetna obsada, spora dawka inteligentnego humoru i szczypta gorzkich, socjologicznych diagnoz poświęconych współczesnemu polskiemu społeczeństwu każą postawić dzieło Drozdowicza wśród produkcji, dla których warto wygospodarować swój czas.

Kategorie
Blog

Generał Janusz Brochwicz-Lewiński odszedł na wieczną służbę. Weź udział w akcji #PodziękujGenerałowi

5 stycznia na wieczną służbę odszedł generał Janusz Brochwicz-Lewiński, legendarny „Gryf”, żołnierz Batalionu AK „Parasol” i uczestnik Powstania Warszawskiego, który dowodził obroną Pałacyku Michla na Woli. W dniu dzisiejszym w Warszawie odbędzie się państwowy pogrzeb „Gryfa”. Wielu udało się do stolicy, by osobiście uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu bohatera, jednak za sprawą akcji #PodziekujGenerałowi symboliczny hołd „Gryfowi” może złożyć każdy z nas.

Pierwsza część akcji odbyła się w Warszawie, przy ulicy Wolskiej 40, gdzie mieścił się Pałacyk Michla, którego podczas Powstania Warszawskiego bronił „Gryf”. Do akcji dołączyło kilkudziesięciu mieszkańców stolicy. W związku z tym, że chciało się do niej przyłączyć wiele osób z Polski oraz zagranicy, inicjator akcji Marcin Czapliński zachęcił na Twitterze internautów, by nagrywali krótkie filmy video z kilkoma słowami wdzięczności dla zmarłego generała. Wszystkie materiały zostaną następnie zebrane w jedną całość i udostępnione w serwisie YouTube.

Jeśli chcesz wziąć udział w akcji, własny materiał z podziękowaniem dla generała prześlij na adres: generalgryf@gmail.com

Zmarły generał Janusz Brochwicz-Lewiński pochodził z rodziny o tradycjach wojskowych. W stopniu kaprala walczył w kampanii wrześniowej, po której dostał się do niewoli sowieckiej, z której jednak udało mu się zbiec. Był czynnym uczestnikiem konspiracji ZWZ-AK. W latach 1940-42 pracował w Puławach na stanowisku administracyjnym, jednocześnie działając jako pracownik polskiego wywiadu. Po zdekonspirowaniu dostał się do Lublina i Janowa Lubelskiego, gdzie działał jako dowódca jednego z oddziałów partyzanckich. Niemcy nadali mu przydomek „Rycerski Dowódca”, gdyż oddziały „Gryfa” atakując niemieckie konwoje, ograbiały je z broni i wyposażenia, ale puszczały wolno konwojentów.

W Powstaniu Warszawskim walczył w Batalionie „Parasol”. Do 5 sierpnia dowodził obroną Pałacyku Michla na Woli. Wraz z podkomendnymi czterokrotnie odpierał niemieckie natarcia. Przy piątym niemieckim ataku otrzymał od kapitana Adama Borysa nakaz odwrotu. „Gryf” przewodził także w akcji na aptekę Wendego, podczas której udało się zdobyć niedostępne dla mieszkańców Warszawy leki i środki znieczulające. Po kapitulacji trafił do obozu przejściowego Lamsdorf, a następnie do obozu jenieckiego Murnau.

Po zakończeniu II Wojny Światowej przebywał w Wielkiej Brytanii. Działał jako agent wywiadu w Palestynie i Sudanie, a po opuszczeniu brytyjskiej armii przez 15 lat był kwatermistrzem i oficerem administracyjnym jednej z angielskich szkół wojskowo-cywilnych. Na stałe do Polski powrócił w lipcu 2002 roku. Od tamtej pory aktywnie działał w środowiskach kombatanckich.

Kategorie
Blog

Stłamszona kozacka rebelia – Bitwa pod Piątkiem 1593

W ostatnim dziesięcioleciu XVI wieku doszło do pierwszej w dziejach I Rzeczypospolitej rebelii kozackiej. Konflikt, u którego podstaw legł prywatny spór pomiędzy polskim szlachcicem, a ruskim magnatem kresowym, zakończył się krwawą konfrontacją dnia 2 lutego 1593, kiedy to wojska koronne doszczętnie rozbiły siły Kozaków.

Bitwa pod Piątkiem, bo o niej mowa, była kluczowym wydarzeniem zrywu, który przeszedł do historii jako powstanie Kosińskiego. Stosunki Rzeczypospolitej z Kozakami były wprawdzie napięte od dłuższego czasu, jednak nigdy wcześniej między oboma stronami nie dochodziło do konfliktów na tak dużą skalę. Zdarzały się pojedyncze grabieże polskich majątków przez Kozaków, bywały napady, w efekcie których szlachcice znikali bez śladu, jednak agresja Kozaków nigdy nie miała tak zorganizowanego charakteru.

Krzysztof Kosiński, który stanął na czele rebelii, był szlachcicem wywodzącym się z ziemi drohickiej w województwie podlaskim. Awanturniczy i hulaszczy tryb życia doprowadził go do utraty majątku. W 1586 roku związał się z kozakami zaporoskimi, a w uznaniu wojennych zasług, został pułkownikiem kozaków rejestrowych i otrzymał w posiadanie Rokitno i Olszanice w województwie kijowskim. Tereny te, choć urodzajne i żyzne, były niemal całkowicie pozbawione mieszkańców. Na Kosińskiego nałożono więc obowiązek zaludnienia ich, z którego jednak nie wywiązywał się należycie. W efekcie, w roku 1591 dobra te zostały przekazane Januszowi Ostrogskiemu. Kosiński ani myślał się z tym pogodzić. Spór o ziemie, które wziął pod władanie Ostrogski przerodził się z czasem w otwartą rebelię.

Krzysztof Kosiński zdawał sobie sprawę z popularności, jaką cieszył się wśród Kozaków. Kiedy więc zapadła decyzja o odebraniu mu ziem, nie zawahał się zrobić z tej sławy użytku. Zdołał zjednać sobie 5000 Kozaków i obwoławszy się kozackim hetmanem, wywołał rewoltę. Dnia 29 grudnia 1591 na czele swoich wojaków napadł na znajdujący się w Białej Cerkwi dom księcia Dymitra Kurcewicza Bułygi. Kosiński wraz z podkomendnymi doszczętnie splądrował majątek, wykradł szkatułę pełną drogocennych klejnotów i pieniędzy, a na domiar wszystkiego, przywłaszczył sobie przywileje dane Ostrogskiemu na obydwa starostwa.

Nie trzeba było długo czekać, a do grodu łuckiego na Wołyniu przybył reprezentujący księcia Janusza Ostrogskiego Jan Szostowicki, wnosząc protest przeciwko działaniom Krzysztofa Kosińskiego. Poszkodowany, korzystając z wpływów posiadanych na królewskim dworze, zdołał nakłonić króla Zygmunta III do powołania specjalnej komisji, mającej zbadać tę sprawę.

Konflikt zaogniał się i choć sytuacja przybierała na przestrzeni różne zwroty, dopiero otwarta bitwa doprowadziła do jej rozstrzygnięcia. Doszło do nij dnia 2 lutego 1593 pod Piątkiem, nieopodal Cudnowa. Ostrogski zgromadził po swojej stronie szlachtę z pospolitego ruszenia z województw kijowskiego, bracławskiego i wołyńskiego, stanowiącą poważne wzmocnienie jego prywatnych wojsk. Po stronie Kozackiej znalazło się 5000 żołnierzy dysponujących 26 armatami.

Chociaż początkowo Kozacy zdołali uzyskać pewną przewagę, to sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy Janusz Ostrogski zdecydował się wykorzystać jazdę. Kawaleria całkowicie zmieniła przebieg bitwy, przetrzebiając kozackie szyki i zmuszając wroga do ucieczki. Polacy ani myśleli pozwolić Kozakom na ucieczkę. Batalia zakończyła się brutalną masakrą pierzchnących wrogów. Przy minimalnych stratach własnych, wojska Ostrogskiego zadały śmierć blisko 3000 wrogów, zdobywając wszystkie armaty, broń, amunicję, oraz sztandary.

Przed niechybną śmiercią zdołał jednak uciec sam Kosiński. Po bitwie doszło wprawdzie do ugody, zawartej 10 lutego, na mocy której przywódca rebelii wraz z podległymi sobie Kozakami mieli ukorzyć się za swoje winy, uznać zwierzchność polskiego króla i zwrócić całe zrabowane mienie. Chociaż złożyli stosowne przysięgi, nie zamierzali wcale ich dotrzymywać. Kosiński krótko po tym, jak poczuł się bezpiecznie, wyruszył na Niż i tam zaczął ponownie zbierać siły przeciwko dawnym wrogom. Rzeczpospolita wchodziła w nowy etap stosunków z Kozakami. Od tej pory konflikty z nimi wybuchały regularnie, w dłuższej perspektywie przyczyniając się do osłabienia naszego kraju w XVII stuleciu.

Kategorie
Blog

Boże Narodzenie w Polsce

Na przestrzeni wieków Polacy wykreowali pewne charakterystyczne, niespotykane nigdzie indziej zwyczaje bożonarodzeniowe. W Polsce Boże Narodzenie jest świętem szczególnym. Ma bardzo uroczysty charakter, będąc doskonałą okazją do rodzinnych spotkań. Szczególnym zaś elementem polskiego Bożego Narodzenia jest Wigilia, a więc rodzinna kolacja w wieczór poprzedzający dzień właściwego święta. Przyjrzyjmy się wszystkiemu po kolei.

Zgodnie z tradycją, w każdym domu, w którym obchodzone jest w Polsce Boże Narodzenie, powinna znajdować się choinka. Świąteczne drzewko powinno trafić do domu właśnie 24 grudnia, choć zdarza się, że przynosi się je wcześniej. Domownicy wspólnie ubierają drzewko w różnego rodzaju ozdoby, takie jak bombki i łańcuszki, a niekiedy także obwieszają je łakociami. Choinka nie może obejść się także bez lampek – dziś z uwagi na zagrożenie pożarem używa się światełek elektrycznych, kiedyś jednak były to zwyczajne, palące się świeczki. Na szczycie choinki przymocowuje się zaś gwiazdkę.

W Wigilię, a często nawet już poprzedniego dnia, przygotowuje się potrawy, które następnie wieczorem mają być spożyte przez przybyłych gości. Tradycja wymaga, by było ich dwanaście, a każdy z uczestników wieczerzy powinien przynajmniej spróbować każdej z nich. Wigilijny stół nie może się obejść przede wszystkim bez karpia – ryby te kupuje się na kilka dni przed 24 grudnia, zwykle żywe, a na wigilijny wieczór przyrządza się z nich potrawy. Na stole nie może także zabraknąć barszczu z uszkami, kapusty z grochem, kapusty z grzybami, a także klusek z makiem, kutii i kompotu z suszonych owoców. Zazwyczaj także przyrządza się kotleciki z ryżu, paszteciki z grzybami, pierogi z kapustą, śledzia oraz zupę migdałową. Kiedyś, gdy rodziny były dużo bardziej liczne, przygotowywanie dwunastu potraw było obowiązkowe i nie było problemów ze zjedzeniem wszystkiego, co znajdowało się na stole. Dziś wieczerze wigilijne często odbywają się w mniejszym gronie, przez co niekiedy przygotowuje się mniejszą ilość potraw.

Trzeba pamiętać, że przed wieczorną kolacją, dnia 24 grudnia obowiązuje ścisły post. Zarówno jakościowy – nie wolno spożywać mięsa, jak również ilościowy, bowiem spożyć można jedynie dwa posiłki, z czego jeden (sama kolacja wigilijna) do syta. Kolacja wigilijna rozpoczyna się wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdki. Ma ona symbolizować tę samę gwiazdę, która niegdyś doprowadziła Trzech Króli do stajenki, w której narodził się Jezus.

Zanim uczestnicy wigilii zasiadają do wieczerzy, jedna z osób ujmuje w ręce Pismo Święte i czyta na głos fragment mówiący o narodzinach Jezusa w Betlejem. Następnie wszyscy sięgają po opłatek.

Dzielenie się opłatkiem to zwyczaj kojarzony głównie z Polską, choć kultywuje się go także na Litwie, Ukrainie, w Czechach i we Włoszech. Opłatek wigilijny ma symbolizować pojednanie i przebaczenie, jest swego rodzaju symbolem miłości. Szczególnego znaczenia zwyczaj dzielenia się opłatkiem nabierał w trudnych dla Polski okresach historycznych, jak chociażby pod zaborami w latach 1795-1918, czy podczas hitlerowskiej okupacji. Opłatek jest niczym innym jak bardzo cienkim płatkiem chlebowym, wypiekanym z białej mąki z dodatkiem wody, bez drożdży. Podczas wieczerzy wigilijnej każdy z jej uczestników dostaje swój opłatek do ręki i podchodzi kolejno do innych, łamiąc go i częstując się, składając drugiej osobie jak najlepsze życzenia. Na wsi zwyczaj ten przybiera także dodatkową formę. Jako, że bydlęta w betlejemskiej stajence były jednymi z pierwszych, które widziały narodziny Mesjasza, gospodarz częstuje opłatkiem także chowane przez siebie zwierzęta. Mają one później o północy przemawiać ludzkim głosem, choć to, co powiedzą, pozostaje tajemnicą między nimi a tym, który je poczęstował.

Jacek Malczewski – „Wigilia na Syberii”

Jedną z ważniejszych polskich tradycji bożonarodzeniowych jest tak zwane „miejsce dla nieznanego gościa”. Przy wigilijnym stole zawsze powinno być jedno puste miejsce dla ewentualnego gościa, który mógłby przypadkiem zapukać do drzwi, nie mając bliskich gotowych przyjąć go w swoje progi w ten szczególny wieczór. Znany jest także zwyczaj umieszczenia pod świątecznym obrusem wiązki sianka. Ma ono zapewnić rodzinie powodzenie w nadchodzącym roku, jak również symbolizować fakt, że Jezus przyszedł na świat w stajence pełnej siana.

Stałym elementem wigilijnego wieczoru w Polsce jest śpiewanie kolęd. Polacy mogą pochwalić się bogatym repertuarem pieśni powstałych z myślą o świętach Bożego Narodzenia. Śpiewanie ich przy wigilijnym stole jest tradycją kultywowaną we wszystkich polskich domach. Jednym z najbardziej charakterystycznych polskich zwyczajów bożonarodzeniowych są wieczorne wędrówki kolędników. W wigilijny wieczór miejscowa młodzież w różnych przebraniach – baby, Trzech Króli, czy Żyda, odwiedza dom po domie i wspólnie z mieszkańcami kolęduje. Po odśpiewanych pieśniach domownicy zazwyczaj wręczają dzieciom łakocie lub drobne upominki. Jedną z najbardziej charakterystycznych postaci wśród kolędników był Turoń. Osoba go odgrywająca miała na sobie strój straszliwej, pokrytej czarnym włosiem maszkary, z kłapiącą szczeką i długimi rogami. Turoń, po wejściu wraz z kolędnikami do domostwa, zazwyczaj straszył dzieci i kobiety, biegając i odstawiając tańce. Ważnym elementem ‚występu’ Turonia było ożywianie go – w pewnym momencie potwór padał na ziemię, a wówczas wszyscy pozostali cucili go, szturchając, podpalając i odczarowując rzucone na niego uroki. Następnie Turoń wstawał i ponownie harcował. Zwyczaj wskrzeszania turonia nawiązywał do obrzędów słowiańskich, symbolizując odrodzenie ziemi, które miało nadejść tuż po mroźnej zimie.

W trakcie kolacji wigilijnej, lub tuż po niej, nadchodzi długo wyczekiwany przez wszystkich – a zwłaszcza przez dzieci – czas. Oto bowiem następuje wręczanie bożonarodzeniowych podarunków. Do domu przychodzi wówczas święty Mikołaj, który grzecznym dzieciom wręcza podarunki, urwisów zaś straszy rózgą. W Wielkopolsce miejsce mikołaja zajmuje tak zwany Gwiazdor, na terenach Galicji Aniołek, zaś na Śląsku jest to Dzieciątko. Często zdarza się, że dzieci, aby dostać swoje prezenty, muszą powiedzieć wierszyk lub zaśpiewać piosenkę.

Wigilijny wieczór kończy się Pasterką. Jest to uroczysta msza święta, odprawiana o północy z 24 na 25 grudnia, upamiętniająca oczekiwanie pasterzy w Betlejem na narodziny Zbawiciela. To niezwykle ważny polski zwyczaj, ciągle szeroko kultywowany. Msza święta przeplatana jest śpiewaniem kolęd, a po błogosławieństwie jej uczestniczy wracają do domów i łóżek, by kolejnego dnia cieszyć się pełnią świąt. Zgodnie z tradycją, co najmniej jedna osoba z rodziny musi wziąć w Pasterce udział.

Dzień 25 grudnia, czyli właściwe Boże Narodzenie, to przede wszystkim czas na odwiedzanie rodziny. Zaprasza się wówczas krewnych bądź samemu się do nich wyjeżdża, a tam, pośród długich rozmów, spożywa się ponownie przygotowane przez świętujących potrawy oraz bożonarodzeniowe ciasta.

Wspomnieć warto także o niezwykle ciekawej oraz – pomimo upływu czasu – ciągle żywej tradycji, jaką jest wysyłanie kartek świątecznych. Zwyczaj wziął swój początek w XX wieku, a pomimo rozwoju technologii i rozpowszecnienia poczty elektronicznej, jest on nadal szeroko kultywowany, nie tylko podczas Bożego Narodzenia, ale i przy okazji Wielkanocy. Często kartki wykonuje się własnoręcznie, dzięki czemu zdarza się, że świętujący Polacy znajdują w skrzynkach na listy prawdziwe małe dzieła sztuki.

Aktualnie dla niektórych dorsołych, a zwłaszcza zaś dla dzieci i młodzieży, okres pomiędzy świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem i Nowym Rokiem jest czasem wolnym od pracy i szkolnych zajęć. Święta Bożego Narodzenia są więc w Polsce okresem nie tylko wielkiej radości, wzajemnej życzliwości oraz rodzinnej atmosfery, ale także nierzadko czasem odpoczynku od codziennych obowiązków i spotkań z najbliższymi i przyjaciółmi.